<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?><rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Paweł Zyzak, Autor w serwisie Myśl Suwerenna</title>
	<atom:link href="https://myslsuwerenna.pl/autor/pawel-zyzak/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>https://myslsuwerenna.pl/autor/pawel-zyzak/</link>
	<description>Przegląd Spraw Publicznych</description>
	<lastBuildDate>Wed, 06 Nov 2024 11:52:35 +0000</lastBuildDate>
	<language>pl-PL</language>
	<sy:updatePeriod>
	hourly	</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>
	1	</sy:updateFrequency>
	<generator>https://wordpress.org/?v=6.9.4</generator>

<image>
	<url>https://myslsuwerenna.pl/wp-content/uploads/2020/09/cropped-logo-obrys1-32x32.png</url>
	<title>Paweł Zyzak, Autor w serwisie Myśl Suwerenna</title>
	<link>https://myslsuwerenna.pl/autor/pawel-zyzak/</link>
	<width>32</width>
	<height>32</height>
</image> 
	<item>
		<title>Zachód spogląda na Amerykę</title>
		<link>https://myslsuwerenna.pl/zachod-spoglada-na-ameryke/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[Paweł Zyzak]]></dc:creator>
		<pubDate>Tue, 05 Nov 2024 14:06:39 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Artykuły]]></category>
		<category><![CDATA[Świat]]></category>
		<category><![CDATA[Harris]]></category>
		<category><![CDATA[trump]]></category>
		<category><![CDATA[usa]]></category>
		<category><![CDATA[wybory]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://myslsuwerenna.pl/?p=6148</guid>

					<description><![CDATA[<p>Wybory prezydenckie w Ameryce elektryzują świat zachodni od kiedy uchodzi ona za lidera tegoż Zachodu, czyli od zakończenia I wojny światowej. Od zakończenia II wojny światowej rezultatom wyborów prezydenckich przygląda się już cały świat. Odkąd bowiem Stany Zjednoczone posiadają status światowego supermocarstwa i hegemona, Waszyngton uważnie przygląda się całemu światu, każdemu jego zakamarkowi. Zainteresowanie to [&#8230;]</p>
<p>Artykuł <a href="https://myslsuwerenna.pl/zachod-spoglada-na-ameryke/">Zachód spogląda na Amerykę</a> pochodzi z serwisu <a href="https://myslsuwerenna.pl">Myśl Suwerenna</a>.</p>
]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[<span class="span-reading-time rt-reading-time" style="display: block;"><span class="rt-label rt-prefix">&#128340; Artykuł przeczytasz w</span> <span class="rt-time"> 9</span> <span class="rt-label rt-postfix">min.</span></span><p style="text-align: justify;"><strong>Wybory prezydenckie w Ameryce elektryzują świat zachodni od kiedy uchodzi ona za lidera tegoż Zachodu, czyli od zakończenia I wojny światowej. Od zakończenia II wojny światowej rezultatom wyborów prezydenckich przygląda się już cały świat. Odkąd bowiem Stany Zjednoczone posiadają status światowego supermocarstwa i hegemona, Waszyngton uważnie przygląda się całemu światu, każdemu jego zakamarkowi. Zainteresowanie to cieszy się więc wzajemnością. Nic dziwnego, że nam Polakom, najbardziej proamerykańskiemu społeczeństwu w Unii Europejskiej, a może i w całej Europie, sytuacja polityczna za Wielką Wodą jest wcale nieobojętna.</strong></p>
<p style="text-align: center;"><strong><span style="color: #ff0000;">ZOBACZ TAKŻE: <a style="color: #ff0000;" href="https://myslsuwerenna.pl/kontrowersje-wokol-wyborow-prezydenckich-w-usa/">Kontrowersje wokół wyborów prezydenckich w USA</a></span></strong></p>
<p style="text-align: justify;">Poziom emocji niekoniecznie przekłada się na jakość. Zainteresowanie wyborami w Polsce, tak zwana debata publiczna, przypomina raczej potok medialnych opinii, aniżeli spokojny rezerwuar przejrzystych analiz. Debata, czy dyskusja, jak mówi definicja, polega na „wymianie” poglądów, „popartych argumentami”, czyli faktami osadzonymi w źródłach. W źródła nie zaś w emocjach. Chcąc zatem pokusić się o miarodajną ocenę sytuacji wyborczej w Stanach Zjednoczonych musimy upewnić się, że opuściliśmy permanentnie nadmuchiwane bańki informacyjne.</p>
<p style="text-align: justify;">Spotykam się z dwoma utartymi opiniami na temat rezultatu wyborczego. Jedna mówi, że Donald Trump, kandydat Partii Republikańskiej, właściwie już wygrał wybory prezydenckie. Uzyskała ona charakter wręcz dogmatu gdzieś w okolicach debaty prezydenckiej jeszcze pomiędzy Joe Bidenem a wspomnianym Trumpem. Biden zrezygnował i to Trump został najstarszym w dziejach amerykańskiej polityki kandydatem na najważniejszy urząd w państwie. Ostatnio więc coraz częściej spotkam się opinią z przeciwległego wierzchołka, którą uformowało pasmo potknięć Trumpa, ukoronowane jego występem w prezydenckiej debacie z Kamalą Harris, która przewodzi obecnie <em>„presidential ticket”</em> („prezydenckiemu biletowi”) po stronie demokratów. Mówi ta teoria, że Harris wygra <em>„by a landslide”</em> – z siła opadającego osuwiska, czyli z miażdżącą przewagą.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Bitwa o Michigan i Wisconsin</strong></p>
<p style="text-align: justify;">Strategia demokratów obliczona jest na wygranie kluczowych stanów <em>Rust Belt </em>(„pasa rdzy”), przede wszystkim Michigan i Pensylwanii. Musi postawić  na północy <em>„The Blue Wall” </em>(„niebieską ścianę”). Pensylwania nosi nawet odpowiedni przydomek – <em>the Keystone State</em>, odnoszący się do „kluczowego” znaczenia w dziejowym Ameryki. Obydwa stany należą do kategorii <em>Swing States</em>, stanów „wahających się”, dysponując znaczącą liczbą głosów elektorskich. W 2024 r. w Pensylwanii do wzięcia jest ich 19, w Michigan 15, co daje łącznie nie małą sumę, a suma całkowita potrzebna do zwycięstwa – przypomnijmy – to minimum 270 głosów elektorskich.</p>
<p style="text-align: justify;">Wybory prezydenckie rozstrzygną się w zaledwie siedmiu <em>„Top Battleground States </em>(„głównych stanach bitewnych”), czyli właśnie „wachających się”. Jak mantrę, powtarzają tę opinię, wszystkie segmenty informacyjne, od prawa do lewa, może dlatego że upływ czasu sprawił, że uzyskała strukturę prawie żelaznego faktu. Jeżeli chodzi o „pas rdzy”, zalicza się doń również Wisconsin. Nawet znajdujące się tam 10 głosów elektorskich może mieć niebagatelny wpływ na rezultat wyborów w listopadzie. Ohio, znajdujące się na „pasie” gdzieś między Pensylwanią a Wisconsin, w którym znajduje się aż 17 głosów elektorskich, znajdzie się i tym razem poza zasięgiem demokratów.</p>
<p style="text-align: justify;">Warto podkreślić, że we wszystkich wymienionych powyżej stanach żyje olbrzymia diaspora polska, z czego najlepiej zdaje sobie w tych wyborach zdawać sprawę, sztab demokratów. Polonia ta, a właściwie już Amerykanie polskiego pochodzenia, mający w rodzinie polskiego dziadka albo polską prababkę, stanowi wzorcowy elektorat „wahający się”. Reprezentuje wyborców niezdecydowanych, bądź umiarkowanych demokratów i republikanów. Kamala Harris, starannie przygotowując się do pierwszej i zapewne ostatniej debaty z Donaldem Trumpem, właśnie wyborcom z grupy <em>Polish American</em> w Pensylwanii postanowiła przypomnieć, jak niebezpieczna może okazać się dla regionu Europy Środkowo-Wschodniej polityka zagraniczna jej oponenta. Stacje lokalne w Pensylwanii, miejscowych użytkowników Internetu: portali i mediów społecznościowych, zalał strumień reklam wyborczych przypominających antykomunistyczne dziedzictwo Polaków, amerykańskiej Polonii, Ronalda Reagana i Johna Kennedy’ego, w obliczu rosyjskiej napaści na Ukrainę, i wynikających zeń zagrożeń dla Europy Środkowej.</p>
<p style="text-align: justify;">Wysiłki sztabu demokratów, na które składają się m. in. silna kampania lokalna <em>Grassroots</em> i stała obecność Kamali Harris i kandydata na wiceprezydenta Tima Waltza, „w terenie”: na wiecach, spotkaniach ze związkowcami czy wolontariuszami, przynoszą owoce. Średnia 11 sondaży dla Pensylwanii daje Harris małą, znajdującą się w granicach błędu statystycznego, ale jednak przewagę ok. 1,5% (48,7% do 47,1%). W Michigan i Wisconsin Harris w średniej prawicowego agregata medialnego <em>Real Clear Politics</em>, uśredniającego badania sondażowe (<em>RCP Average</em>), Harris ma nad Trumpem przewagę odpowiednio 1,8% i 1%. Wzrosty poparcia dla demokratów mocno zaniepokoiły rywali. Do Michigan poleciał J. D. Vance, kandydat  republikanów na wiceprezydenta, w Wisconsin stacjonuje sam Trump.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Zmiany demograficzne na południu</strong></p>
<p style="text-align: justify;">Historyczny <em>Sun Belt </em>(„pas słońca”), czyli stany amerykańskiego południa to od szeregu dekad bastion partii republikańskiej. W nim znajdują się wszakże cztery pozostałe „stany bitewne” czyli: Arizona, Nevada, Północna Karolina i Georgia. Przed czterema laty w spektakularny sposób dwa z nich, Arizonę i Georgię, przechwycił Joe Biden. Nie umniejszając popularności Bidena wśród umiarkowanych wyborców oraz czarnoskórych wyborców, jest to głównie zasługa zmian demograficznych postępujących w stanach południowych. Te zaś zachodzą za sprawą migracji. Nie tej nielegalnej, urastającej za sprawą m. in. Trumpa do „współwinowajcy” jego ostatniej wyborczej klęski (obok tych wszystkich stojących za „przekręconymi wyborami”). Migracji wewnętrznej.</p>
<p style="text-align: justify;">Otóż pęcznieją przedmieścia dużych miast. Następuje swoista dezurbanizacja aglomeracyjnych centrów, ale przede napływają kolejne fale przesiedleniowe mieszkańców dużych miast stanów północnych, południowo-wschodniego wybrzeża Ameryki. Osobny strumień ludności płynie z prowincji. Kiedyś przedmieścia kojarzące się z fabrykami, magazynami i biurowcami stają się bastionem klasy średniej. Coraz mocniej kojarzą się z małym biznesem i osiedlami mieszkaniowymi, często zamkniętymi. Między 2020 a 2020, wedle badań cenzusu, ludność przedmieści urosła o ok. 10,5%.</p>
<p style="text-align: justify;">Co ciekawe, wedle rzeczonego <em>RCP Average</em> Harris ma nieznaczną przewagę w „czerwonej” Nevadzie – 47,2% do 46,8%. Natomiast w Georgii i Arizonie Trump prowadzi, wedle tych samych danych, odpowiednio 2,4% i 1,7%. Mocno depresyjne dla sztabu Harris wiadomości przyniósł niedawno sondaż <em>New York Times/Siena</em>. Musimy jednak wyraźnie zaznaczyć, że wszystkie powyższe przewagi, zarówno Harris, jak i Trumpa znajdują się w granicach błędu statystycznego. Mówiąc więc wprost – na podstawie danych sondażowych, nawet zogniskowanych na kluczowych stanach, wiemy to, że nic nie wiemy.</p>
<p style="text-align: center;"><span style="color: #ff0000;"><strong><a style="color: #ff0000;" href="https://myslsuwerenna.pl/rola-i-miejsce-organizacji-ukladu-bezpieczenstwa-zbiorowego-w-polityce-zagranicznej-federacji-rosyjskiej/">Rola i miejsce Organizacji Układu Bezpieczeństwa Zbiorowego w polityce zagranicznej Federacji Rosyjskiej</a></strong></span></p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Kto ma inicjatywę? </strong></p>
<p style="text-align: justify;">W ostatnim tygodniu media amerykańskie żywo komentowały najnowszy, bardzo optymistyczny dla tandemu Kamala Harris – Tim Walz, sondaż NBC mówiący, że Harris w skali całego kraju prowadzi 49% do 44%. Co ważniejsze dla Harris, wiceprezydent znacząco poprawiła swój wynik w rankingu społecznej akceptacji. Wynik ten poprawił się aż o 21%, z 50% ocen negatywnych i 32% pozytywnych w połowie lipca do 48% pozytywnych i 45% negatywnych w połowie sierpnia. Szczególny skok pozytywnych ocen wystąpił wśród wyborców czarnoskórych i latynoskich. Trump tymczasem konsekwentnie powiększa swój elektorat negatywny nie zyskując głosów akceptujących.</p>
<p style="text-align: justify;">Wszelkie jednak sondaże krajowe i tzw. zaufania społecznego mijają się w wyborach amerykańskich z celem. Mogą nam pomóc odpowiedzieć sobie na pytanie, który kandydat jest na fali wznoszącej, ma swe ewentualne <em>„momentum”</em>. Mimo, iż przyjęło się sądzić, że ostatni wyborcy z grupy „niezależnych”, podejmują swe decyzje po konwencjach wyborczych, które odbyły się w lipcu i sierpniu, wciąż kilka procent wyborców „niezależnych” pozostało niezdecydowanymi.</p>
<p style="text-align: justify;">Ośrodki badań opinii publicznej mają zresztą stały problem z oceną tego, kto <em>de facto </em>jest owym <em>Likely Voter </em>(„prawdopodobnym wyborcą”) i czy to już jest wyborca ostatecznie „zdecydowany”. Eksperci tak samo zastanawiają się, czy bardziej liczą się „prawdopodobni wyborcy” czy wyborcy „zarejestrowani”, i czy ci i ci to ci sami<em>. </em>Są owszem sondaże, które starają się zmierzyć poparcie wśród <em>Likely Voters</em> – przed samymi wyborami powinny być już tylko takie – a te dają nieznaczną, 2-procentową przewagę Harris nad Trumpem.</p>
<p style="text-align: justify;">Ale jak są ci wyborcy rozsiani, tego dokładnie nikt nie wie.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Kobiety i mężczyźni</strong></p>
<p style="text-align: justify;">Wracamy więc do początku pętli. Sądzę, że wiele o realnych szansach kandydatów najwięcej powie poparcie, stałe, rosnące lub malejące, wśród kilku grup społecznych. I mam tutaj na myśli największe grupy społeczne. Zliczanie grup społecznych z podziałem na pochodzenie, zawody, grupy etniczne, mieszkańców miast i prowincji, itd. nie ma większego sensu przy próbie skreślenia generalnej, ale zachowawczej prognozy. Wiemy mniej więcej na kogo głosują policjanci, farmerzy, urzędnicy, itd., i właściwie tak szczegółowa wiedza nic nam szczególnego nie powie.</p>
<p style="text-align: justify;">Interesują nas kobiety i mężczyźni oraz klasa średnia, czyli mieszkańcy przedmieści. Nie trzeba wchodzić zanadto w detale, żeby zauważyć, że przewagę wyborczą Harris nad Trumpem budują głosy amerykańskich kobiet. Owszem, Harris prowadzi znacząco po stronie żeńskiej barykady, ale Trump zdecydowanie wygrywa wśród mężczyzn. Wrześniowy sondaż <em>USA TODAY/Suffolk University</em> czytelnie zobrazował te przewagi. Wśród kobiet, w grupie wiekowej 18-34, Harris cieszy się aż 63% poparciem, Trumpa popiera 27%, natomiast kolei wśród mężczyzn z tego samego przedziału, Trump prowadzi 45% do 37%. Przykładowo w Pensylwanii, w grupie „prawdopodobnych wyborców”, Harris ma 17-punktową przewagę nad Trumpem wśród kobiet, Trump 12-punktową nad Harris wśród mężczyzn.</p>
<p style="text-align: justify;">Kobiet jest naturalnie nieco więcej w amerykańskim społeczeństwie, lecz to kwestia mobilizacyjna obydwu grup w dniu wyborów jest w rzeczywistości istotna. A to kobiety właśnie chętniej wędrują teraz do urn. Obydwa sztaby wyborcze starają się zmniejszyć ową <em>Gender Gap </em>(„płciową lukę”). Sam Elliott, aktor znany z wielu kultowych westernów w spocie promującym Harris nawołuje: „<em>It’s time to</em> <em>be a man and vote for a woman”</em>, gdy tymczasem Donald Trump osobiście przekonuje z mównicy kobiety, że będzie ich <em>„protector”&#8230;</em></p>
<p style="text-align: justify;">W 2016 r. „płciowa luka” wyglądała mniej więcej podobnie do obecnej: Hillary Clinton wygrała głosy kobiet 15 punktami procentowymi (54% do 39%), ale przegrała głosy mężczyzn 11 (54% do 41%). W 2020 r. Trump wprawdzie zmniejszył tę ostatnią przewagę do 11%, ale głosy mężczyzn rozłożyły się niemal po równo – 50% do 48% dla Trumpa.</p>
<p style="text-align: justify;">Harris wydaje się mieć na to większe szanse na skrócenie dystans do przeciwnika, bo wydaje się znajdować na fali wznoszącej. Sondaż <em>The Bloomberg News/Morning Consult</em> pokazuje jej prowadzenie we wszystkich „stanach bitewnych” – w Newadzie nawet 7 punktami procentowymi – i remis w Georgii, a także rosnącą, już 3-procentową przewagę pośród „prawdopodobnych wyborców”. 47% spośród nich uważa – niezależnie czy ją popiera – że to ona wygra wybory. 40% uważa, że wygra Trump.</p>
<p style="text-align: justify;">Dla dopełnienia tła wyborczego, podobnie uważają amerykańscy bukmacherzy oraz internetowe agregaty danych, np. sondażowych, ekonomicznych i demograficznych, choćby słynny <em>fivethirtyeight.com</em>. Nawet słynni naukowi progności, dają zdecydowanie większe szanse na zwycięstwo Kamali Harris. Swą co-czteroletnią prognozę przedstawił profesor <em>American University</em> Allan Lichtman, przezywany „Prorokiem wyborów prezydenckich”.</p>
<p style="text-align: justify;">Model Lichtmana, który historyk stworzył wspólnie z rosyjskim geofizykiem Vladimirem Keilis-Borokiem w 1981 roku, oparty jest na 13 „kluczach”; mówiąc dokładniej – na trzynastu problemach odnoszących się sytuacji globalnej i wewnętrznej, społecznej i politycznej, definiujących tło, na którym rywalizują kandydaci. Są to np. stan gospodarki, ewentualny kryzys międzynarodowy absorbujący Stany Zjednoczone czy stopień konsolidacji obydwu obozów politycznych wokół jednego nominata. Klucze, dzięki którym zaskakująco celnie przewiduje wyniki wyborów od 1984 r., Lichtman opublikował 10 lat później w książce <em>The 13 Keys to the White House. </em>Przed kilkoma tygodniami ogłosić swój typ na wybory A. D. 2024 – zwycięży Kamala Harris.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Nebraska i jej „blue dot district”</strong></p>
<p style="text-align: justify;">Rezultat wyborczy pozostanie, co najmniej, do 5 listopada zagadką. Wówczas odezwą się pierwsze <em>Exit Polle</em>, a spływające ze stanów wyniki pokażą nam generalny trend. W tej chwili obydwa sztaby zupełnie poważnie rozważają scenariusz, w którym dosłownie jeden głos elektorski rozstrzygnie prezydencką rywalizację. Bój toczy się nawet o głos w konserwatywnej Nebrasce, w której, co warto podkreślić, żyje liczna, choć już „stara” Polonia. Maine, gdzie dominują demokraci oraz właśnie Nebraska są jedynymi stanami, w których wygrywając w drugim dystrykcie, można zdobyć głos elektorski. Omaha, bo o centrum największej metropolii stanu chodzi, ciąży, jak każde duże miasto, naturalnie ku demokratom. Stronnicy  Trumpa stoczyli nawet nieudaną bitwę o zmianę prawa i ustanowienie reguły „zwycięzca [w stanie] bierze wszystko”.</p>
<p style="text-align: justify;">Dlaczego ów jeden głos elektorski, który skłócił nawet republikanów w Omaha, bo to oni zablokowali ostatecznie „reformę”? Gdyby bowiem przełożyć przytoczone wyżej wyniki sondażu <em>NYTimes/Siena</em>, podający przewagę Harris w drugim dystrykcie Nebraski, mamy następujący wynik elektorski w wyborach prezydenckich – Kamala Harris 270, Donald Trump 268. Trump, żeby pokonać barierę 270 głosów, musiałby wygrać we wszystkich stanach „wahających się” południa: Arizonie, Newadzie, Georgii i Północnej Karolinie, elektora w drugim dystrykcie Maine, którego wygrał swoją drogą w 2020 r., zaś Harris Pensylwanię, Michigan, Wisconsin i ów głos elektorski w Nebrasce.</p>
<p style="text-align: justify;">A skoro o Północnej Karolinie mowa – republikanie mierzą się w niej z widmem katastrofalnej porażki w wyścigu gubernatorskim. Poparty przez Trumpa czarnoskóry zastępca gubernatora Mark Robinson publikował na jednej ze stron internetowych „dla dorosłych” wypowiedzi delikatnie mówiąc kontrowersyjne, określone w liberalnych mediach mianem „rasistowskich”. Obecnie, wedle sondażu <em>CNN/SSRS</em>, jego rywal, demokrata Josh Stein prowadzi z Robinsonem z wynikiem 53% do 36%. Sytuacja Robinsona wpływa na sytuację Trumpa w stanie, a ten były prezydent musi wygrać, by utrzymać najkrótsze i najmniej skomplikowane ścieżki do elektorskiego zwycięstwa.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Sprzężenie wyborcze</strong></p>
<p style="text-align: justify;">Wybory prezydenckie wpływają rzecz jasna na wynik wyborczy do Kongresu. Żadne to odkrycie. Zresztą głównym powodem rezygnacji z walki o reelekcję Joe Bidena był nacisk ze strony liderów kongresowych i partyjnych. Jak sam zresztą przyznał, przekonali go, że tylko wymiana kandydata może uratować szanse demokratów na większość w Senacie lub Izbie Reprezentantów. I rzeczywiście, kampanie demokratów walczących o mandat poselski nabrały wiatru w żagle. W tej chwili agregaty sondażowe mówią o remisie w wyborach, które wymieniają całą Izbę Reprezentantów, oraz zapowiadają przechwycenie Senatu przez republikanów, aczkolwiek większością jednego lub dwóch senatorów.</p>
<p style="text-align: justify;">Nie powiedziałbym, że tegoroczne wybory prezydenckie są bardziej ekscytujące od tych sprzed 4 czy 8 lat. Sądzę, że za każdym razem poziom emocji sięga tego samego zenitu. Niewątpliwie będą przełomowymi. Bo takimi będzie wybór pierwszej kobiety na urząd prezydencki w USA, co samo w sobie nie stanowić już dla Amerykanów żadnej, w sensie psychologicznym, wiadomości, albo ponowny wybór na ten urząd Donalda Trumpa, człowieka, którego dwukrotnie spotkał, choć nie obalił „impeachement” oraz który potencjalnie zainicjował – bo śledztwo w toku – pierwszy w dziejach Ameryki, choć nieudany, zamach stanu.</p>
<p><span style="font-size: 10pt;">Artykuł został pierwotnie opublikowany w kwartalniku “Myśl Suwerenna. Przegląd Spraw Publicznych”.</span></p>
<p><span style="font-size: 10pt;">fot. pexels.com</span></p>
<p style="text-align: center;"><span style="color: #ff0000;"><strong>ZOBACZ TAKŻE: <a style="color: #ff0000;" href="https://myslsuwerenna.pl/aktywnosc-polakow-w-europie-srodkowej-jako-jedno-z-narzedzi-soft-power-inicjatywy-trojmorza/">Aktywność Polaków w Europie Środkowej, jako jedno z narzędzi ,,soft-power” Inicjatywy Trójmorza</a></strong></span></p>
<p>Artykuł <a href="https://myslsuwerenna.pl/zachod-spoglada-na-ameryke/">Zachód spogląda na Amerykę</a> pochodzi z serwisu <a href="https://myslsuwerenna.pl">Myśl Suwerenna</a>.</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Wystartuje czy nie wystartuje?</title>
		<link>https://myslsuwerenna.pl/zyzak-wystartuje-czy-nie-wystartuje/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[Paweł Zyzak]]></dc:creator>
		<pubDate>Tue, 18 Jan 2022 16:14:49 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Publicystyka]]></category>
		<category><![CDATA[Świat]]></category>
		<category><![CDATA[biden]]></category>
		<category><![CDATA[myśl]]></category>
		<category><![CDATA[paweł]]></category>
		<category><![CDATA[polityka]]></category>
		<category><![CDATA[suwerenna]]></category>
		<category><![CDATA[trump]]></category>
		<category><![CDATA[usa]]></category>
		<category><![CDATA[wybory]]></category>
		<category><![CDATA[zyzak]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://myslsuwerenna.pl/?p=3730</guid>

					<description><![CDATA[<p>Na początku listopada bieżącego roku w Wirginii i w New Jersey odbyły się wybory stanowe. Pomimo wygranej tylko w jednym z tych stanów, republikanom przypisuje się pełny sukces. W Wirginii, po raz pierwszy od 2009 r. stanowisko na szczeblu stanowym obejmie kandydat prawicy, Glenn Youngkin. W demokratycznym New Jersey o jeden dosłownie włos zwyciężył demokrata [&#8230;]</p>
<p>Artykuł <a href="https://myslsuwerenna.pl/zyzak-wystartuje-czy-nie-wystartuje/">Wystartuje czy nie wystartuje?</a> pochodzi z serwisu <a href="https://myslsuwerenna.pl">Myśl Suwerenna</a>.</p>
]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[<span class="span-reading-time rt-reading-time" style="display: block;"><span class="rt-label rt-prefix">&#128340; Artykuł przeczytasz w</span> <span class="rt-time"> 9</span> <span class="rt-label rt-postfix">min.</span></span><p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL">Na początku listopada bieżącego roku w Wirginii i w New Jersey odbyły się wybory stanowe. Pomimo wygranej tylko w jednym z tych stanów, republikanom przypisuje się pełny sukces. W Wirginii, po raz pierwszy od 2009 r. stanowisko na szczeblu stanowym obejmie kandydat prawicy, Glenn Youngkin. W demokratycznym New Jersey o jeden dosłownie włos zwyciężył demokrata Philip Murphy, pokonując republikanina Jacka Ciattarellego stosunkiem 50% do 49%. Murphy wedle sondaży wyborczych miał zwyciężyć pewnie. Obydwa rezultaty wyborcze są silnym prognostykiem przed przyszłorocznymi </span><span lang="pl-PL"><i>midterms</i></span><span lang="pl-PL">. Przede wszystkim jednak były dla obydwu partii bezcennym referendum, określającym aktualne preferencje wyborców niezależnych. A wybory w Wirginii – jeśli wierzyć przepowiedniom wiceprezydent Kamali Harris – „zdeterminują rezultat tego, co wydarzy się w 2022 roku, 2024 i dalej” w całej Ameryce. </span></p>
<p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL"> Kamala Harris może być marginalizowana w administracji Bidena ale nie oznacza to równocześnie, że dała się odkleić od rzeczywistości. Wszak to obiektywny bieg wypadków zdeterminuje powodzenie starań jej oraz Bidena o reelekcję czy też ewentualnego startu Harris w prawyborach. Rozmiar klęski w Wirginii, w której Biden niedawno pewnie zwyciężył z Trumpem, był dla morale w Partii Demokratycznej niszczący. W </span><span lang="pl-PL"><i>Old Dominion</i></span><span lang="pl-PL"> republikanie przechwycili dodatkowo fotele zastępcy gubernatora oraz prokuratora generalnego.</span></p>
<div style="position: relative; height: 441.8px; overflow: hidden;"><iframe style="position: absolute; top: 0; left: 0; width: 100%; height: 100%;" src="https://zrzutka.pl/c44v63/widget/13" width="400" height="441.8" frameborder="0" scrolling="no"></iframe></div>
<p lang="pl-PL" align="LEFT"><b>Kandydaci eksperymentalni </b></p>
<p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL">Demokraci boleśnie przekonali się, że wyborcy rozliczają demokratów za sytuację w stanie oraz politykę krajową, nie zaś republikanów za dokonania, jakkolwiek je opiszemy, Donalda Trumpa. Kampania demokraty Terry’ego McAuliffe’a nachalnie zestawiała Youngkina z Trumpem, atakując wyborców np. obrazami republikanina z charakterystyczną czerwoną bejsbolówką z akronimem MAGA (</span><span lang="pl-PL"><i>Make America Great Again</i></span><span lang="pl-PL">) na głowie. W tym samym czasie Youngkin, nauczony kilkoma ostatnimi elekcjami lokalnymi i stanowymi republikanów że poparcie Trumpa zarówno nie gwarantuje zwycięstwa ale przede wszystkim może być dlań przeszkodą, mocno dystansował się od byłego prezydenta. Ani nie zabiegał o jego poparcie, ani też nie zapraszał go na swe wiece. Nogę podstawił mu dopiero sam Trump nieproszony udzielając poparcia, co następnie skrupulatnie wykorzystali demokraci nazywając republikańskiego kandydata „lokalną wersją Trumpa”. Jak można się tego domyślić, Trump po wyborach pogratulował sobie zwycięstwa w Wirginii, tymczasem demokraci, którzy kierowali tam w istocie kampanią Trumpa, zbyli jego sukces milczeniem…</span></p>
<p lang="pl-PL" align="JUSTIFY">W wyborach w Wirginii wyborcy głosowali faktycznie na programy, opowiadając się przy okazji za określoną wizją świata czy systemem wartości. Przegrał program lewicowy. Jeden z punktów tego programu, a właściwie pewien pogląd demokratycznego kandydata, dotyczący kwestii szkolnictwa, stał się właściwie śmiertelną bronią w ręku jego kontrkandydata. Youngkin zepchnął nim McAuliffe’a do pełnej defensywy. McAuliffe stwierdził mianowicie, że rodzice nie powinni ingerować w programy nauczania w szkołach. Powiedzieć tak nawet w dość liberalnej Wirginii jest rzeczą wielce ryzykowną… Zgodnie z tą logiką szkoła powinna znajdować się pod wyłączną kuratelą anonimowych urzędników, którym politycy gwarantują nieskrępowaną niczym swobodę.</p>
<p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL">Na jednym ze spotkań wyborczych demokrata gościł szefową </span><span lang="pl-PL"><i>American Federation of Teachers</i></span><span lang="pl-PL">, jednego z dwóch głównych związków zawodowych nauczycieli Randi Weingarten, zwolenniczkę włączenia do programów szkolnych tzw. </span><span lang="pl-PL"><i>Critical Race Theory</i></span><span lang="pl-PL"> (Krytycznej Teorii Ras). Upraszczając, teoria ta, będąca synkretycznym ujęciem przemyśleń ideologów skrajnej lewicy, m. in. marksistów i radykałów pokolenia ’68 oraz przedstawicieli amerykańskiego ruchu na rzecz praw czarnoskórych, przekonuje, że w USA panuje systemowa dyskryminacja rasowa. W ten oto prosty sposób McAuliffe domknął narrację Youngkina, który osią swej kampanii uczynił właśnie edukację. Wśród wyborców niezależnych przeważył zatem strach tym razem przed radykalizmem spod znaku lewicowej inżynierii społecznej.</span></p>
<p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL">Wybory stały się wyborami ogólnokrajowymi. Znikająca przewaga sondażowa McAuliffe’a stymulowała emocje. Walka toczyła się więc od pewnego momentu także w głównych amerykańskich mediach i elektryzowała zbiorowego widza ogólnokrajowego, co na pewno wpłynęło na rekordową frekwencję. Kandydatowi demokratów nie pomogło poparcie ze strony Bidena, Harris, a nawet Obamy. Nie pomogło, bo pomóc nie mogło. Sondaże Bidena nie drgnęły ostatnio i nie podniosły się praktycznie odkąd osiągnął kolejną rekordową depresję – 38%, mimo uchwalenia ustawy transportowej (jak na razie). Według sondażu USA TODAY/Suffolk University Poll wyniki popularności Kamali Harris są wręcz katastrofalne. Jej z kolei pracę pozytywnie ocenia niespełna 28% badanych. 46% wyborców przyznaje, że Biden zawiódł ich oczekiwania, większość nie chce by kandydował ponownie. Warto przypomnieć, że w 2017 r., gdy poparcie dla Trumpa wynosiło 37%, republikanie w </span><span lang="pl-PL"><i>midterms</i></span><span lang="pl-PL"> stracili 41 miejsc w Izbie Reprezentantów i oddali młotek </span><span lang="pl-PL"><i>Speakera</i></span><span lang="pl-PL">.</span></p>
<p lang="pl-PL" align="LEFT"><b>Refleksje w GOP</b></p>
<p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL">Rezultat w Wirginii wywołał panikę w szeregach demokratów. Wzmocnił świadomość upływającego czasu i zbliżającego się rozstania z pełnią władzy w Kongresie. W szeregach republikanów przyniósł refleksję, miejscami nawet śmiałą, zważywszy na napiętą wciąż sytuację wewnętrzną w partii. „</span><span lang="pl-PL">Glenn [</span><span lang="pl-PL">Youngkin]</span><span lang="pl-PL"> prowadził doskonałą i inspirującą kampanię, która podnosi poprzeczkę kandydatom w całym kraju” – stwierdził republikański gubernator Arizony Doug Ducey, jednocześnie przewodniczący Stowarzyszenia Gubernatorów Republikańskich. Oczywiście miał na myśli przede wszystkim kandydatów republikańskich. Bo i owszem republikanie zaobserwowali, że wątki, które Youngkin umieścił na sztandarach swej kampanii, przemówiły wreszcie do wyborców z przedmieść. Tych ostatnich republikanie definitywnie stracili w 2018 roku.</span></p>
<p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL">Chris Christie, były republikański gubernator liberalnego New Jersey, dodajmy – przez dwie kadencje – w 2020 r., jeden z trenerów Trumpa przed pierwszą debatą z Bidenem, poszedł jeszcze dalej i śmielej: „Nie możemy już rozmawiać o przeszłości i ostatnich wyborach – bez względu na to, gdzie stoisz w tej sprawie. Nieważne, gdzie stoisz […]. Każda minuta, którą spędzamy rozmawiając o 2020 roku – podczas gdy marnujemy na to czas, Joe Biden, Kamala Harris, Nancy Pelosi i Chuck Schumer rujnują to państwo.</span> <span lang="pl-PL">Lepiej na tym się skoncentrujmy. Oderwijmy wzrok od lusterka wstecznego i ponownie zacznijmy patrzeć przez przednią szybę”. Oczywiście Christiego natychmiast zaatakował Trump.</span></p>
<p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL">Już bez zbędnych niedomówień wybory skomentowała Liz Chaney, córka byłego wiceprezydenta, reprezentant Montany: „Jedynym sposobem na to, by partia republikańska mogła iść naprzód, jest odrzucenie tego, co wydarzyło się 6 stycznia [2020 r.]. Jeśli szczerze odrzucimy wysiłki prezydenta Trumpa, by podważyć tamte wybory i jeśli powiemy wyborcom prawdę. Aby wygrać wybory, musimy pamiętać, że najbardziej konserwatywnym z ideałów jest poszanowanie konstytucji i rządów prawa”.</span></p>
<p align="LEFT"><span lang="pl-PL"><b>Wystartują?</b></span></p>
<p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL">Powyższe wypowiedzi ocierają o kwestię ponownego startu Donalda Trumpa w prawyborach GOP. Wszak wątek „skradzionego Trumpowi” zwycięstwa wyborczego, będącego wedle powyższych enuncjacji kłopotliwą przeszłością, wypełnia niemal cały domniemany program wyborczy Trumpa, jako potencjalnego kandydata. No i głowią się eksperci i komentatorzy związani przede wszystkim z lewą stroną amerykańskiej sceny politycznej czy Trump wystartuje. Podświadomie na to liczą. Zastanawiają się na głos i od razu znajdują odpowiedź – „wystartuje, bo tak twierdzą wszyscy w jego otoczeniu”. Jednocześnie ci sami komentatorzy informują, że Trumpowi chodzi przede wszystkim o to, by z premedytacją „doić”, poprzez różne szemrane polityczne komitety, konserwatywną bazę wyborczą. Mami swych sympatyków perspektywą startu, bo znajduje się w coraz trudniejszej sytuacji finansowej i potrzebuje środków m. in. na procesy ale i po to, by wywierać w przyszłości nacisk na establishment republikański. Jawi się tu pewna sprzeczność, wszak dlaczego Trump miałby zwierzać się swemu „otoczeniu” z czegoś innego, aniżeli z woli kandydowania?</span></p>
<p lang="pl-PL" align="JUSTIFY">Konserwatywny analityk William Kristol przekonuje, że Trump wystartuje, bo przecież nie będzie przyglądał się kampanii wyborczej zza szklanego ekranu gdy teoretycznie ma nominację podaną na talerzu. John Bolton, były doradca do spraw bezpieczeństwa prezydenta Trumpa, twierdzi dla odmiany, że Trump nie wystartuje bo panicznie boi się porażki. Lecz przecież do potencjalnej przegranej w 2024 r. z kandydatem demokratów jeszcze daleko, kimkolwiek on/ona będzie. Ale czy Trump ma zagwarantowane zwycięstwo już na etapie prawyborów? W pomiarach preferencji w elektoracie republikańskim w listopadzie 2021 r., czyli w teorii – wygrywa.</p>
<p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL">Wszyscy są zgodni, że Trump poczeka na wynik </span><span lang="pl-PL"><i>midterms </i></span><span lang="pl-PL">– zresztą sam takie deklaracje złożył. Ale znowu, czy bardzo prawdopodobne zwycięstwo republikanów wzmocni pozycję establishmentu wobec Trumpa czy Trumpa wobec liderów partii? I co będzie za rok z owymi sympatiami w elektoracie? Jak będą silne i w czyją stronę będą się kierowały? Już teraz pojawiają się potencjalni kontrkandydaci dla Trumpa w prawyborach, choćby wspomniany Christie. Jest przecież rywalizujący od trzech lat o miano najwierniejszego ucznia Trumpa jego swoisty substytut, gdyby pierwowzoru miało zabraknąć – gubernator Florydy Ronald DeSantis. Uwielbiany przez wyborców Trumpa, przestał być wszakże ulubieńcem Trumpa. Ten ostatni, zazdrosny o rosnącą popularność DeSantisa, który zajął jego miejsce w telewizyjno-twitterowych sporach z Faucim i Bidenem (sam stracił dostęp do mediów społecznościowych), wśród swoich sympatyków w elektoracie, szuka dobrego pretekstu by zadać (byłemu) uczniowi śmiertelny cios. Na razie przypomina tylko wszystkim wtajemniczonym w narastający konflikt, że stołek gubernatorski DeSantis zawdzięcza jemu. W obliczu ostatnich wydarzeń kandydatura Trumpa, a na pewno samotna kandydatura Trumpa, raczej się oddala.</span></p>
<p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL">Mike Pence, były wiceprezydent, koncentruje aktualnie swą aktywność na dwóch stanach, Iowa i New Hampshire, gdzie odbędą się pierwsze starcia w prawyborach. Wewnątrz partii, gdzie jeszcze dyskretnie ścierają się ze sobą siły partyzanckie Trumpa i wojska „starego” GOP, wyraźnie opowiedział się po stronie establishmentu. Otóż, w przybliżeniu połowa z 16 gubernatorów republikańskich – GOP ma ich po zwycięstwie Youngkina aż w całym kraju 28 – starających się w 2022 r. o reelekcję, będzie zmuszona zmierzyć się jeszcze w prawyborach z kandydatem Trumpa lub jego naśladowcą. Pence, były zresztą gubernator Indiany, oznajmił w połowie listopada na posiedzeniu </span><span lang="pl-PL"><i>Republican Governors Association</i></span><span lang="pl-PL">: „Chcę się wyrazić jasno. Będę wspierał urzędujących gubernatorów republikańskich”.</span></p>
<p lang="pl-PL" align="JUSTIFY">Demokraci zmagają się z lustrzanym poniekąd odbiciem dualistycznego dylematu Trump-Pence. Mocno zaawansowany wiekiem urzędujący prezydent, który nie wyklucza kandydowania oraz jego zastępca, która również myśli o fotelu prezydenckim. I w tym wypadku głównie media relacjonują na razie, jak się na sprawy zapatruje „otoczenie” demokratycznego faworyta do reelekcji. „Przyjaciel Bidena” twierdzi na przykład, że Biden powtarza konsekwentnie, iż zamierza wystartować znowu. To samo miał powiedzieć na spotkaniu z grupą donorów w październiku. W tym punkcie jednak podobieństwa się kończą.</p>
<p lang="pl-PL" align="JUSTIFY">Harris nie jest Pencem, prędzej, a jako była republikanka, bardziej Trumpem, byłym demokratą albo Obamą, z racji parlamentarnego stażu i obycia międzynarodowego. Biden nie jest ani Pencem ani Harris. To polityk z prawego skrzydła partii, obrońca spoistości własnego obozu politycznego, wyrastający na jego głównego lidera. Natomiast niewykluczone jest, albo jest wręcz bardzo prawdopodobne, że w Partii Demokratycznej również odbędą się w 2024 r. prawybory. Zza pleców Bidena nieśmiało na razie wygląda drugi po nim samym główny beneficjent „ustawy infrastrukturalnej”, były centrolewicowy kandydat na prezydenta i sekretarz transportu w obecnej administracji, Pete Buttigieg. I sądzę, że Biden zdecydowanie wolałby w prawyborach poprzeć jego, aniżeli Harris. Nie żywi do niego, w przeciwieństwie do swej wiceprezydent, urazy z okresu kampanii prawyborczej, okazuje mu wręcz ojcowską sympatię, a nawet delikatnie politycznie promuje.</p>
<p lang="pl-PL" align="LEFT"><b>Koniec ery populizmu?</b></p>
<p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL">I jeszcze jeden aspekt. Zwycięstwo wyborcze Bidena w 2020 r. wcale nie oznacza nadejścia ery kandydatów establishmentowych. Sukces Youngkina, biznesmena spoza dużej polityki jest tego dobrym przykładem. Republikanin zwyciężył w demokratycznym stanie z przedstawicielem tamtejszego establishmentu, popieranym przez establishment krajowy demokratów, jednocześnie, jak widzieliśmy, skutecznie unikając asocjacji z liderem własnego obozu politycznego. Bo i owszem, Trump obecnie nie powie już tego, co mógł głosić w 2015 i 2016 r., że jest człowiekiem spełnionym, biznesmanem, a nawet </span><span lang="pl-PL"><i>self-made manem</i></span><span lang="pl-PL">, kandydatem spoza polityki, który wchodzi do wnętrza „obwodnicy” (ang. </span><span lang="pl-PL"><i>Beltway</i></span><span lang="pl-PL">) Waszyngtonu, żeby „osuszyć bagno”. Niezależnie od oceny, na ile mu się to udało, zdążył pobrudzić się waszyngtońskim błotem w trakcie owego osuszania.</span></p>
<p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL">Ciekawym przykładem z drugiej strony frontu są przyszłoroczne wybory gubernatorskie w republikańskim Teksasie. Tamtejsza opinia publiczna spodziewa się, że w najbliższym czasie swój start ogłosi lubiany w Ameryce aktor, zdobywca Oscara, Matthew McConaughey. Wedle listopadowego badania przeprowadzonego przez </span><span lang="pl-PL"><i>University of Texas </i></span><span lang="pl-PL">oraz „Dallas Morning News”, najważniejszy dziennik w Dallas, McConaughey prowadzi w hipotetyczny starciu z urzędującym gubernatorem Gregiem Abbottem stosunkiem 42% do 35%, a więc aż 8 punktami procentowymi. Następne 22% wolałoby innego kandydata. McConaughey&#8217;a można uznać za kandydata centro-prawicowego, choć nazywa sam siebie „agresywnym centrystą”. Zdarzało mu się krytykować „skrajną lewicę” w Partii Demokratycznej czy „nieliberalną”, czyli tę „postępową” część lewicy, ale i „skrajną prawicę”. Jednocześnie uważa się za obrońcę wolności słowa i za przeciwnika </span><span lang="pl-PL"><i>cancel culture</i></span><span lang="pl-PL"> („kultury zamazywania”) czy innymi słowy terroru politycznej poprawności. Abbott tymczasem uważany jest za gubernatora trumpistowskiego, uznającego prymat przywództwa byłego prezydenta, wypełniającego wciąż jego ekstrawaganckie polecenia, bo rywalizującego o ostateczne, wyborcze namaszczenie, zresztą m. in. z DeSantisem, lecz, inaczej niż DeSantis, znajdującego się poza celownikiem „nauczyciela”.</span></p>
<p lang="pl-PL" align="JUSTIFY">Zatem podstawowym atutem McConaughey&#8217;a jest fakt, iż przychodzi spoza polityki, spoza obydwu establishmentów. W starciu z demokratycznym rywalem, który niedawno ogłosił swój start – Beto O’Rourkiem, kiedyś przezywanym złotym dzieckiem amerykańskiej centro-lewicy, zwycięża w tym samym sondażu stosunkiem 49% do 27%. O’Rourk stoczył w 2018 r. bardzo wyrównany bój o miejsce w Senacie z Tedem Cruzem. Cruze’a osłabił wówczas na ostatniej prostej… właśnie Trump. Mimo delikatnych próśb Teda, by prezydent nie zawracał sobie głowy jego kampanią i nie fatygował podróżą do Teksasu, Trump nie dość, że pojechał, to zorganizował tam wiec, po którym sondaże Cruze’a zjechały w dół jak skoczek po rozbiegu skoczni, dając demokratycznemu „czarnemu koniowi” realną szansę na zwycięstwo…</p>
<p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL">Analizy analizami, ale pamiętajmy to, o czym przekonujemy się właśnie analizując amerykańską politykę: w obecnych czasach zwycięzcy wyborów w USA nie możemy być pewni nawet na kilka dni, ba, na dzień, przed dniem wyborczego sądu.</span></p>
<p lang="pl-PL" align="JUSTIFY"><em>Artykuł został pierwotnie opublikowany w kwartalniku “Myśl Suwerenna. Przegląd Spraw Publicznych” nr 4(6)/2021.</em></p>
<p><em>[Grafika: Biały Dom w Waszyngtonie, widok od strony południowej; Autor:  Cezary p, lic. CC]</em></p>
<p>Artykuł <a href="https://myslsuwerenna.pl/zyzak-wystartuje-czy-nie-wystartuje/">Wystartuje czy nie wystartuje?</a> pochodzi z serwisu <a href="https://myslsuwerenna.pl">Myśl Suwerenna</a>.</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Wojny z terroryzmem dalsze dzieje</title>
		<link>https://myslsuwerenna.pl/zyzak-wojny-z-terroryzmem-dalsze-dzieje/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[Paweł Zyzak]]></dc:creator>
		<pubDate>Mon, 10 Jan 2022 12:02:18 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Bez kategorii]]></category>
		<category><![CDATA[Publicystyka]]></category>
		<category><![CDATA[Świat]]></category>
		<category><![CDATA[afganistan]]></category>
		<category><![CDATA[myśl]]></category>
		<category><![CDATA[suwerenna]]></category>
		<category><![CDATA[terroryzm]]></category>
		<category><![CDATA[usa]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://myslsuwerenna.pl/?p=3702</guid>

					<description><![CDATA[<p>Upadek amerykańskiej polityki względem Afganistanu rozpoczął się i został niemalże sfinalizowany za kadencji Donalda Trumpa. Odpowiedzialność za polityczną katastrofę ponosi również administracja Bidena, ponieważ nie dokonała żadnych znaczących korekt, przejmując założenia nakreślone przez poprzednią, ograniczając się do sfinalizowania rozpoczętego już procesu. W perspektywie nawet średniookresowej, porównywanie ewakuacji z Afganistanu do ewakuacji z Wietnamu wygląda dobrze [&#8230;]</p>
<p>Artykuł <a href="https://myslsuwerenna.pl/zyzak-wojny-z-terroryzmem-dalsze-dzieje/">Wojny z terroryzmem dalsze dzieje</a> pochodzi z serwisu <a href="https://myslsuwerenna.pl">Myśl Suwerenna</a>.</p>
]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[<span class="span-reading-time rt-reading-time" style="display: block;"><span class="rt-label rt-prefix">&#128340; Artykuł przeczytasz w</span> <span class="rt-time"> 10</span> <span class="rt-label rt-postfix">min.</span></span><p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL">Upadek amerykańskiej polityki względem Afganistanu rozpoczął się i został niemalże sfinalizowany za kadencji Donalda Trumpa. Odpowiedzialność za polityczną katastrofę ponosi również administracja Bidena, ponieważ nie dokonała żadnych znaczących korekt, przejmując założenia nakreślone przez poprzednią, ograniczając się do sfinalizowania rozpoczętego już procesu. W perspektywie nawet średniookresowej, porównywanie ewakuacji z Afganistanu do ewakuacji z Wietnamu wygląda dobrze tylko na zdjęciach i w medialnej sofistyce.</span></p>
<p align="JUSTIFY">„<span lang="pl-PL">Jest gorzej niż w Afganistanie. A przy okazji: rozpocząłem proces. Wszyscy żołnierze wracają do domu, oni [administracja Bidena] nie mogli zatrzymać procesu.</span> <span lang="pl-PL">21 lat – wystarczy! Nie sądzicie? 21.</span><span lang="pl-PL"> [właściwie niespełna 20 – P. Z.] </span><span lang="pl-PL">Oni [administracja Bidena] nie mogli zatrzymać procesu. Oni [administracja Bidena] chcieli, ale było im bardzo trudno zatrzymać proces” – przemawiał 26 czerwca tego roku, do tłumu swych sympatyków na wiecu w Wellington w stanie Ohio, były prezydent USA Donald J. Trump. – […] Przez rząd [w Kabulu], który nie przetrwałby… Przetrwali tylko dlatego, że my tam byliśmy. Co mamy powiedzieć? »Zostaniemy następne 21 lat?«. Że zostaniemy następne 15… Cała ta rzecz jest absurdalna. Zatem ściągamy nasze wojska z Iraku, ściągamy nasze wojska z Afganistanu”.</span></p>
<div style="position: relative; height: 441.8px; overflow: hidden;"><iframe style="position: absolute; top: 0; left: 0; width: 100%; height: 100%;" src="https://zrzutka.pl/c44v63/widget/13" width="400" height="441.8" frameborder="0" scrolling="no"></iframe></div>
<p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL">Jak przypomina autor tych słów, proces wycofywania się USA z Afganistanu rozpoczął się na dobre półtora roku wcześniej. Wówczas to, w lutym 2020 r., pod naciskiem ówczesnego prezydenta, walczącego na kampanijnym szlaku o reelekcję, w stolicy Kataru, Doha strona amerykańska podpisała porozumienie pokojowe z ugrupowaniem Taliban, kontrolującym część Afganistanu. Podpisy pod dokumentem złożyli Specjalny Pełnomocnik USA ds. Afganistanu </span><span lang="pl-PL">Zalmay Khalilzad oraz współtwórca Talibanu, wypuszczony niedawno przez administrację Trumpa z więzienia, Mullah Abdul Ghani Baradar.</span><span lang="pl-PL"> Na jego mocy wojska amerykańskie oraz sojusznicze powinny były wycofać się z „cmentarzyska imperiów”, które przed laty pogrzebało potęgę sowiecką, a jeszcze wcześniej choćby perską – do końca maja 2021 roku.</span></p>
<p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL">Droga do porozumienia była wyboista. Strony musiały przełamać opory przeciwników porozumienia we własnych szeregach. Po stronie amerykańskiej przełamała je determinacja Trumpa, który w szczelnym uścisku zamknął administrację ale i samą Partię Republikańską, wraz z jej kongresową emanacją. „Jastrzębie”, w tym Pentagon, buntowali się przeciwko pospiesznemu i całkowitemu wycofaniu sił militarnych ale zostali postawieni przez Trumpa i jego oportunistów przed faktem dokonanym. W szeregach talibańskich spór toczyły ze sobą frakcje umiarkowana i bardziej radykalna. Spór ten nie ustał nawet w chwili podpisania porozumienia. Radykałowie domagali się pełnego wycofania się zachodnich wojsk z Afganistanu jeszcze przed sfinalizowaniem negocjacji. Amerykańscy „jastrzębie” zaś m. in. uznania rządu w Kabulu za stronę porozumienia.</span></p>
<p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL"><b>Nowy gracz</b></span></p>
<p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL">Motywację do podpisania porozumienia podnosiły, po obydwu stronach, rosnące straty polityczne. Wprawdzie liczba ofiar po stronie wojsk sojuszniczych utrzymywała się od lat na relatywnie niskim poziomie jednak rosły straty wśród ludności cywilnej. Niepomiernie bowiem wzrastała liczba zamachów terrorystycznych. Próżnię w miejscach znajdujących się poza faktyczną kontrolą rządu w Kabulu i talibów wypełnił nowy gracz w walce o wpływy. </span><span lang="pl-PL">Była nim afgańska, samozwańcza emanacja Państwa Islamskiego, tzw. ISIS-K, biorąca swój wyróżnik po myślniku od afgańskiej prowincji, a w gruncie rzeczy historycznej krainy Chorosan, rozciągającej się na dzisiejszy Afganistan i Iran oraz postsowieckie republiki Azji Centralnej</span><sup><a class="sdfootnoteanc" href="#sdfootnote1sym" name="sdfootnote1anc">1</a></sup><span lang="pl-PL">, graniczącej z Pakistanem i ChRL.</span></p>
<p lang="pl-PL" align="JUSTIFY">Lecz aktywność tej grupy wychodziła poza historyczny region Chorosanu. Jej wpływy ekspandowały na terytoria Pakistanu, a nawet Indii. Niestabilność w Afganistanie przekładała się na niestabilność w całym regionie, a ta na wewnętrzną sytuację polityczną we wspomnianych państwach, w pewnym sensie również w ChRL. Islamskiemu Emiratowi Afganistanu zaś, czyli Talibanowi wyrósł na lewej flance internacjonalistyczny konkurent z podobnymi aspiracjami – Państwo Islamskie. Ba, rywal szerzący ferment w ich własnych szeregach, który skutecznie przeciągnął na swą stronę kilku wpływowych talibskich liderów.</p>
<p lang="pl-PL" align="JUSTIFY">ISIS-K, formułujący się i przeobrażający od 2014 r., poczęły z czasem zasilać coraz to większe grupy niedobitków upadającego kalifatu syryjsko-irackiego. Punkt ciężkości „rewolucji” islamskiej począł się przenosić z Niziny Mezopotamskiej i Pustyni Syryjskiej w górzyste i niedostępne tereny Afganistanu. Grono dużych graczy poważnie zainteresowanych stabilizacją sytuacji w Afganistanie mocno się rozrosło. Umacnianie się islamskiego radykalizmu w wydaniu ISIS na afgańskiej prowincji groziło potencjalną destabilizacją sytuacji i radykalizacją nastrojów w północnych regionach Indii, chińskiej prowincji Xinjang oraz w republikach Azji Centralnej, co z kolei mogło mieć wpływ na sytuację wewnętrzną w Rosji. Z takiej perspektywy na rozwój wypadków patrzyły ośrodki władzy w Moskwie, Pekinie i Nowym Deli.</p>
<p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL"><b>Polityczny zapalnik</b></span></p>
<p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL">Pozostając na gruncie geopolityki oraz na gruncie faktów, postawmy jedną nogę na grunt polityki amerykańskiej. Nie jest większym odkryciem stwierdzenie, iż na zachodzące zmiany powinno się patrzeć holistycznie. Niemożliwym jest odtworzyć poprawny ciąg przyczynowo skutkowy redukując analizę zagadnienia do oceny tarć kulturowo-religijnych i geografii. Zasadniczą determinantą procesów zachodzących w tej części świata była amerykańska aktywność na Bliskim Wschodzie, a mówiąc dokładniej, strategiczne decyzje podejmowane przez amerykańskich prezydentów, kierujących się osobistymi przekonaniami, partyjno-środowiskowymi i społecznymi oczekiwaniami, a więc amalgamatem realizmu oraz ludzkich emocji.</span></p>
<p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL">W pierwszych miesiącach prezydentury Joe Bidena podjęto jeszcze jedną doniosłą decyzję. Było o niej mniej głośno, bowiem nie towarzyszyły jej obrazy paniki i wybuchy. Rząd USA postanowił o zakończeniu obecności wojsk amerykańskich w Iraku. Proces wycofywania się amerykańskich sił z tego państwa był spuścizną, którą Biden naturalnie odziedziczył po swoich dwóch poprzednikach. Spuścizną taką był również proces afgański. Do pewnego stopnia. Biden, zupełnie świadomie, włączył się w istniejący od czasów pierwszej administracji Obamy trend wycofywania sił amerykańskich z coraz bardziej niepopularnych w amerykańskim społeczeństwie wojen, zwłaszcza „najdłuższej wojny w historii Ameryki”.</span></p>
<p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL">Wracając do Iraku, w kwietniu 2021 r. podano do publicznej wiadomości informację o powrocie ostatnich żołnierzy do USA. Wówczas było tam ok. 2,5 tys. ludzi, asystujących armii irackiej przy zwalczaniu resztek wspomnianego ISIS. Nie podano jaką część stanowiły „combat troops”, czyli siły zbrojne. Proces ów w 2020 r. radykalnie przyspieszył Donald Trump, zlecając swym podwładnym dokonanie, na terytorium Iraku, egzekucji na irańskim generale Quassemie Soleimanim. W konsekwencji w dwa dni później, 5 stycznia 2020 r., parlament iracki przegłosował uchwałę, popartą przez premiera Adel Abdula Mahdiego, o wydaleniu wojsk amerykańskich z teryto</span><span lang="pl-PL">ri</span><span lang="pl-PL">um państwa. Wojsk tych była symboliczna liczba, zaledwie 5200 ludzi. Trump wymusił w ten sposób na władzach irackich, mocno skoligaconych z Teheranem, opowiedzenie się przeciwko Waszyngtonowi. Od tej pory USA stały się w praktyce okupantem. Trump przyczynił się do jeszcze większego uzależnienia Bagdadu od irańskich wpływów militarno-politycznych. Owe wpływy zresztą pomogły w znacznym stopniu Bagdadowi w kontrofensywie i ostatecznym pokonaniu kalifatu.</span></p>
<p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL">A do powstania tegoż przyczyniła się równie chaotyczna polityka prezydenta Obamy w I</span><span lang="pl-PL">raku.</span><span lang="pl-PL"> Obama podejmujący strategiczne decyzje w skomplikowanych sprawach pod natchnieniem głosu amerykańskiej ulicy, w 2011 r. gwałtownie wycofał z Iraku amerykańskie wojska. </span><span lang="pl-PL">Ruchem tym podminował stabilność oficjalnej władzy, jak i całego państwa. W 2014 r. zmuszony był wysł</span><span style="color: #000000;"><span lang="pl-PL">ać wojska </span></span><span style="color: #000000;"><span lang="pl-PL">do Iraku z powrotem, gdy całe połacie państwa znajdowały się już w rękach terrorystycznego quasi-państwa.</span></span></p>
<p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL">Paradoksalnie, o wiele ostrożniej Obama postępował względem sytuacji w Afganistanie. Wysłał do Afganistanu olbrzymie siły wojskowe, w pewnym momencie liczące nawet 100 tys. żołnierzy. Określił nawet ambitny cel – musimy „wygrać tę wojnę”. Jego zastępca, Joe Biden miał się sprzeciwiać wysłaniu tak dużych posiłków. Opowiadał się za stopniową redukcją sił. Jeszcze za kadencji Obamy i Bidena </span><span lang="pl-PL"><i>de facto</i></span><span lang="pl-PL"> ona</span><i> </i><span lang="pl-PL">nastąpiła, bowiem ostał się na miejscu zaledwie 8-tysięczny kontyngent ale USA zdołały zaznaczyć wcześniej swą dominację. Wolno przypuszczać, że całkowite porzucenie Afganistanu w dobie „prime-time’u” Państwa Islamskiego skutkowałoby katastrofą większą od tej, która obecnie rysuje się na horyzoncie.</span></p>
<p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL"><b>Co mógł, a czego nie mógł Biden</b></span></p>
<p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL">Przejmując od Trumpa stery polityki zagranicznej Biden podążał wytyczonymi już szlakami. Kontynuował plan pełnego wycofania wojsk, wydłużając nieco termin, do końca sierpnia 2021 r. Przejął po Trumpie to co jego poprzednik zdołał wypracować w aspekcie realizacji tak trudnej operacji, kończącej 20-letnią obecność USA w Afganistanie. Czyli niewiele. Biały Dom nie przygotował nawet prawa wizowego na okoliczność sprowadzenia tysięcy rodzin afgańskich współpracujących z Ameryką, narażonych na represje ze strony ekstremistów. A mogło być jeszcze gorzej. Trump, znajdujący się w kampanijnym amoku, utyskujący na złe sondaże, domagał się wycofania wojsk amerykańskich do Świąt Bożego Narodzenia. Otóż na kampanijnej mecie chciał ogłosić spełnienie swej kampanijnej obietnicy, jeszcze z 2016 r., wycofania Ameryki z „niekończących się wojen”.</span></p>
<p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL">Nie jest jednak tak, jak sugerował</span> <span lang="pl-PL">Trump na wiecu w Wellington, iż Biden nie mógł zatrzymać procesu, który on sam uruchomił w lutym 2020 r. Mógł, gdyby tylko chciał, gdyby wstrzymał się z realizacją swego programu wyborczego w tym punkcie i poskromił oczekiwania „lewego” skrzydła Partii Demokratycznej. Już raz przesunął wyznaczoną przez Trumpa datę na koniec maja na sierpień. Mógł poczekać. Zamiast tego przypilnował, by dorobek poprzednika się nie zmarnował. Wszak trudno o republikanina, który w kwestiach ekspansji militarno-strategicznej USA miałby zdanie zbieżne z większością polityków Partii Demokratycznej.</span></p>
<p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL">Trump przełamał opór szeregów GOP, Pentagonu i amerykańskiej społeczności wywiadowczej, Biden przełamał opór Pentagonu oraz amerykańskich służb. Już po logistycznej katastrofie wywołanej zajęciem Kabulu przez wojska talibskie, Pentagon i służby dokonały przecieków medialnych. Miały ostrzegać Biały Dom, iż wycofanie wojsk z afgańskiego terytorium będzie taktycznym fiaskiem i że wywoła poważny kryzys. Biden zignorował ostrzeżenia. Nawet biorąc za dobrą monetę najodleglejszy z sugerowanych terminów teoretycznego upadku rządu kabulskiego jaki służby mu przedstawiały, spieszyć się przecież nie musiał.</span></p>
<p align="JUSTIFY"><span style="color: #000000;"><span lang="pl-PL">Już w trakcie kryzysu kabulskiego, sol</span></span><span lang="pl-PL">idarnie obydwaj z Trumpem znaleźli się pod obstrzałem opinii publicznej. Biden ripostował na zarzuty z wnętrza jego własnej administracji. Nieco panicznie począł obwiniać poprzedników. I nie skończył wcale na Trumpie. W swym wystąpieniu, tuż po wybuchu kryzysu, winę zrzucił na Obamę, za wysłanie w 2009 r. dodatkowych 17 tys. żołnierzy do Afganistanu, czemu się miał sprzeciwiać. W tymże wystąpieniu stwierdził również – wchodząc w retorykę broniących go dziennikarzy – że nie mógł zmienić decyzji Trumpa o wycofaniu wojsk. W wywiadzie dla ABC News, przeprowadzonym przez George’a Stephanopoulosa, po swej 24-godzinnej nieobecności, począł obwiniać inne gremia. Zaprzeczył twierdzeniom autorów przecieków oraz senatorów. Zadeklarował, że wojskowi nie mówili mu żeby pozostawił mały kontyngent wojskowy na miejscu, a służby nie ostrzegły go, że Kabul może upaść tak szybko.</span></p>
<p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL">Ewakuację z Afganistanu często porównuje się do ewakuacji wojsk USA z Sajgonu w 1975 r. W przytaczanych momentach Joe Biden nie zachował się jednak jak Gerald Ford, który w swym przemówieniu, wygłoszonym bez zbędnej zwłoki po wybuchu kryzysu, wziął odpowiedzialność za sytuację w Wietnamie Południowym na siebie i stanął przed tłumem dziennikarzy, odpowiadając na 20 pytań. Nie może się zatem dziwić spadkowi notowań zaufania do Bidena z ponad 50% do 41%, czyli o co najmniej 10%. Obywatele nie oceniają samej decyzji o wycofaniu wojsk amerykańskich – tej są przychylni. Oceniają chaos, do którego przyczyniły się decyzje strategiczne prezydenta, zwłaszcza jedna, o utrzymaniu sztywnego terminu ewakuacji.</span></p>
<p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL"><b>Krytyka Trumpa</b></span></p>
<p align="JUSTIFY">„<span lang="pl-PL">Katastrofa Trumpa/Bidena, która ma miejsce w Afganistanie, zaczęła się od negocjacji administracji Trumpa z terrorystami i udawania, że są partnerami na rzecz pokoju, a kończy się kapitulacją Ameryki, gdy Biden porzuca kraj naszym terrorystycznym wrogom” – napisała 14 sierpnia na Twitterze Liz Cheney, poseł z konserwatywnego Wyoming, córka byłego wiceprezydenta Dicka Cheney’a. To nie jedyny głos krytyczny sięgający prapoczątków problemu. Cheney należała do największych politycznych krytyków byłego prezydenta z jego własnego obozu. Głosowała za impeachmentem Trumpa, a obecnie wchodzi w skład komisji śledczej badającej kulisy prowokowanej przez niego 6 stycznia agresji na Kapitol przez rozogniony tłum.</span></p>
<p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL">Również gen. H. R. McMaster, pierwszy doradca ds. bezpieczeństwa Trumpa przypomniał o odpowiedzialności poprzedniego rządu za aktualną sytuację. Nawiązywał do wspomnianych negocjacji z Talibanem, w których rząd USA nie uwzględnił legalnych władz Afganistanu: „Nasz Sekretarz Stanu [Mike Pompeo] podpisał umowę kapitulacyjną z Talibanem. Obecna katastrofa ma swoje korzenie w umowie kapitulacyjnej w 2020 r. Taliban nas nie pokonał. To my pokonaliśmy samych siebie”. Mark Esper, drugi po gen. Mattisie sekretarz obrony w rządzie Trumpa mówił na antenie CNN tak: „Prezydent starając się za wszelką cenę wycofać wojska z Afganistanu sabotował umowę [z Talibami]. […] Protestowałem […] przeciwko redukcji poniżej 4,5 tysiąca wojsk dopóki, dopóty Taliban nie spełni warunków, gdyż w przeciwnym razie dojdzie do wydarzeń, które rozgrywają się na naszych oczach”.</span></p>
<p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL">Były i inne wypowiedzi wysokich urzędników administracji Trumpa, zawierające bardziej zakamuflowaną krytykę. Nikki Haley, była ambasador USA przy ONZ, możliwy kandydat do nominacji republikańskiej w 2024 r. napisała: „Obserwowa</span><span style="color: #000000;"><span lang="pl-PL">nie naszych generałów twierdzących, że są zależni od dyplomacji z Talibanem jest niewyobrażalnym scenariuszem. Negoc</span></span><span lang="pl-PL">jowanie z Talibanem jest zadawaniem się z diabłem”. Powinna rzec „było”, ale wówczas skrytykowałaby samą siebie. Otóż, gdy Trump był jeszcze prezydentem, w wywiadzie dla branżowego „Military Times” mówiła: „Polityka USA w kwestii Afganistanu działa… Jesteśmy bliżej rozmów z Talibanem oraz procesu pokojowego, niż byliśmy kiedykolwiek”.</span></p>
<p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL"><b>Konkluzje</b></span></p>
<p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL">Upadek amerykańskiej polityki względem Afganistanu rozpoczął się i został niemalże sfinalizowany za kadencji Donalda Trumpa. Odpowiedzialność za polityczną katastrofę ponosi również administracja Bidena, ponieważ nie dokonała żadnych znaczących korekt, przejmując założenia nakreślone przez poprzednią, ograniczając się do sfinalizowania rozpoczętego już procesu. W perspektywie nawet średniookresowej, porównywanie ewakuacji z Afganistanu do ewakuacji z Wietnamu wygląda dobrze tylko na zdjęciach i w medialnej sofistyce.</span><b> </b><span lang="pl-PL">Jeśli nawet dokonamy, słusznego skądinąd porównania, islamskiej międzynarodówki terrorystycznej do międzynarodówki komunistycznej, pamiętajmy wszakże o narodowo-wyzwoleńczej naturze organizacji komunistycznych w Azji Południowo-Zachodniej. Nie były to wprost satelity ZSRS lub nawet komunistycznych Chin. I nie chodzi mi np. o fakt, że do USA sprowadzono w połowie lat 70. ok. 130 tysięcy uchodźców wietnamskich… </span></p>
<p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL">Uznając, że Wietnam miał swojego państwowego patrona w postaci ZSRS, ISIS-K jest otoczona wrogimi mocarstwami regionalnymi. Nie posiada patrona, nawet wśród reżimów i najbardziej wpływowych </span><span style="color: #000000;"><span lang="pl-PL">państw</span></span> <span lang="pl-PL">wahabickich. Taliban z kolei jest organizmem mocno zdywersyfikowanym, nieposiadającym zdolności do zapanowania nad całym obszarem państwa i z tego wypływa jego aktualna siła. Zamach bombowy na marines tylko spotęguje motywację USA do zdalnego eliminowania komórek ISIS-K. Wojna z terroryzmem wcale się nie zakończyła. Z punktu widzenia rządu USA dopuszczenie Talibanu do władzy było zarówno taktycznie, jak i strategicznie opłacalne. Spór rozgrywa się wokół sposobu prowadzenia negocjacji.</span></p>
<p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL">Wycofywanie się USA z Wietnamu odbywało się pod naporem opinii publicznej. Wojna była wyjątkowo niepopularna i dyskutowano o niej w mediach oraz na ulicy codziennie. Straty, jakie Amerykanie mogli ponieść w wyniku dalszej obecności w Indochinach, groziły polityczną katastrofą każdej administracji. Obietnica wycofania wojsk z Afganistanu była zaś zwykłą „kiełbasą wyborczą” Trumpa i Bidena. Straty ponoszone przez personel amerykański rok do roku były relatywnie niewielkie, a uwaga opinii publicznej była skoncentrowana na wydarzeniach wewnątrzkrajowych. Afganistan nie stanowił głównego punktu wyborczego, nawet jednego z trzech, w ostatnich wyborach.</span></p>
<p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL">Owszem, Amerykanie ponieśli trudno odwracalne straty wizerunkowe, mocno zagrażające ich reputacji jako lojalnego, odpowiedzialnego i stabilnego sojusznika. Jednakże pozostawili na miejscu tykającą bombę, która zagraża przede wszystkim wymienionym mocarstwom regionalnym. One też będą musiały wziąć na siebie ciężar walki z międzynarodowym terroryzmem. Wcale nie oznacza to, że Zachód może spać spokojnie. Wymykająca się spod kontroli sytuacja w Afganistanie zagraża w dłuższej perspektywie spokojowi w USA i w Europie. Wojna z terroryzmem zaczęła się na terytorium USA. Niepowodzenia w walce z radykalnym sekciarstwem islamskim będą skutkowały wzrostem radykalizmu w państwach z dużym odsetkiem sunnickiej społeczności.</span></p>
<p lang="pl-PL" align="JUSTIFY"><em>Artykuł został pierwotnie opublikowany w kwartalniku “Myśl Suwerenna. Przegląd Spraw Publicznych” nr 3(5)/2021.</em></p>
<p><em>[Grafika: pixabay.com]</em></p>
<p>_______________________________</p>
<p><a class="sdfootnotesym" style="font-size: small; background-color: #ffffff;" href="#sdfootnote1anc" name="sdfootnote1sym">1</a><span lang="pl-PL" style="font-size: small;">. Turkmenistan, Uzbekistan, Tadżykistan, a nawet skrawek Kirgistanu.</span></p>
<p>Artykuł <a href="https://myslsuwerenna.pl/zyzak-wojny-z-terroryzmem-dalsze-dzieje/">Wojny z terroryzmem dalsze dzieje</a> pochodzi z serwisu <a href="https://myslsuwerenna.pl">Myśl Suwerenna</a>.</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Doktryna deeskalacji</title>
		<link>https://myslsuwerenna.pl/zyzak-doktryna-deeskalacji/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[Paweł Zyzak]]></dc:creator>
		<pubDate>Tue, 24 Aug 2021 10:27:43 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Bez kategorii]]></category>
		<category><![CDATA[Publicystyka]]></category>
		<category><![CDATA[Świat]]></category>
		<category><![CDATA[bliski]]></category>
		<category><![CDATA[dyplomacja]]></category>
		<category><![CDATA[izrael]]></category>
		<category><![CDATA[międzynarodowa]]></category>
		<category><![CDATA[myśl]]></category>
		<category><![CDATA[polityka]]></category>
		<category><![CDATA[suwerenna]]></category>
		<category><![CDATA[usa]]></category>
		<category><![CDATA[wschód]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://myslsuwerenna.pl/?p=3493</guid>

					<description><![CDATA[<p>W środę, 19 maja Joe Biden odbył czwartą w krótkim odstępie czasu rozmowę z premierem Benjaminem Netanjahu. Miał go poinformować, że oczekuje odeń natychmiastowej „znaczącej deeskalacji” konfliktu palestyńsko-izraelskiego i podjęcia działań w kierunku zawieszenia broni. Usłyszał w odpowiedzi, że rząd Izraela jest „zdeterminowany, by kontynuować operację [militarną] do momentu, aż osiągnie swe cele”. Tak przynajmniej [&#8230;]</p>
<p>Artykuł <a href="https://myslsuwerenna.pl/zyzak-doktryna-deeskalacji/">Doktryna deeskalacji</a> pochodzi z serwisu <a href="https://myslsuwerenna.pl">Myśl Suwerenna</a>.</p>
]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[<span class="span-reading-time rt-reading-time" style="display: block;"><span class="rt-label rt-prefix">&#128340; Artykuł przeczytasz w</span> <span class="rt-time"> 10</span> <span class="rt-label rt-postfix">min.</span></span><p lang="pl-PL" align="JUSTIFY">W środę, 19 maja Joe Biden odbył czwartą w krótkim odstępie czasu rozmowę z premierem Benjaminem Netanjahu. Miał go poinformować, że oczekuje odeń natychmiastowej „znaczącej deeskalacji” konfliktu palestyńsko-izraelskiego i podjęcia działań w kierunku zawieszenia broni. Usłyszał w odpowiedzi, że rząd Izraela jest „zdeterminowany, by kontynuować operację [militarną] do momentu, aż osiągnie swe cele”. Tak przynajmniej brzmiał komunikat prasowy. Biden zaangażował się w wygaszanie konfliktu pod naciskiem społeczności międzynarodowej ale owo literalne zaakcentowanie oczekiwań wobec strony Izraelskiej to efekt nacisków z wnętrza własnego obozu politycznego. Ponad 130 członków Izby Reprezentantów z ramienia Partii Demokratycznej wystosowało do prezydenta list, w którym wezwali go do „natychmiastowego zakończenia przemocy” w Palestynie. W nocy z czwartku na piątek pomiędzy stronami konfliktu, Izraelem i Hamasem, zaczął obowiązywać rozejm.</p>
<p lang="pl-PL" align="JUSTIFY"><b>Zabawa zapałkami</b></p>
<p lang="pl-PL" align="JUSTIFY">Było to i tak łagodne nazwanie oczekiwań ze strony demokratów w Kongresie. Progresywne skrzydło partii, bombardowania izraelskie nazywało zbrodniczymi, domagając się od administracji wręcz wprowadzenia sankcji na Tel Awiw. Nie brakowało głosów, że agresja ze strony Hamasu została sprowokowana właśnie przez władze Izraela. Podobnych opinii doszukać się można było również poza ekstremami amerykańskiej, ale i izraelskiej polityki. Wyrażano je w głównych, opiniotwórczych izraelskich mediach.</p>
<p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL">Władze Izraela wydatnie przyczyniły się do wybuchu zbrojnego konfliktu, działając z pełną świadomością możliwych konsekwencji. Główną iskrą zapalną stał się szturm policji izraelskiej na pomieszczenia </span><span lang="pl-PL">meczetu Al-Aksa. Na atak kamieni ze strony protestujących policja odpowiedziała gumową amunicją, granatami ogłuszającymi i gazem łzawiącym.</span><span lang="pl-PL"> W wyniku starć rannych zostało ok. 600 Palestyńczyków, w tym wielu modlących się w meczecie.</span></p>
<div style="position: relative; height: 441.8px; overflow: hidden;"><iframe style="position: absolute; top: 0; left: 0; width: 100%; height: 100%;" src="https://zrzutka.pl/c44v63/widget/13" width="400" height="441.8" frameborder="0" scrolling="no"></iframe></div>
<p lang="pl-PL" align="JUSTIFY">Podobne incydenty w przeszłości zainicjowały dwie palestyńskie intifady. Pierwszą, w 1987 r. uruchomił „zaledwie” wypadek samochodowy, w którym, w wyniku zderzenia wojskowej ciężarówki z samochodem osobowym, zginął pasażer tego ostatniego, Palestyńczyk. Jest to naturalnie pewne uproszczenie, albowiem otwarte konflikty stanowią dopiero erupcję wzbierającego od dłuższego czasu niezadowolenia. Niezadowolenie zaś było konsekwencją izraelskiej okupacji Zachodniego Brzegu – nowożytnego, bliskowschodniego „węzła gordyjskiego”. Drugiej intifady nie zdetonował już czysty przypadek. Niemalże w pojedynkę i sprowokował ją w 2000 r. Ariel Sharon, wówczas polityk Likudu, który, w asyście policji, poprowadził partyjną delegację na Wzgórze Świątynne, na którym stoi meczet. Wyprawa dała początek „intifadzie Al-Aksy”.</p>
<p lang="pl-PL" align="JUSTIFY">Majowa, tegoroczna decyzja o wejściu policji do pomieszczeń meczetu była decyzją polityczną. Takiej decyzji, co oczywiste, nie podejmuje się w Izraelu na poziomie dowódcy jednostki. Zwierzchnikiem policji jest szef Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, a tym od 2015 r. jest Arje Deri, lider partii ortodoksyjnych Żydów sefardyjskich Szas. Ortodoksja tejże polega m. in. na nieuznawaniu podziału Jerozolimy oraz sprzeciwie wobec palestyńskiego bytu państwowego. Zatem Deri, zapewne w porozumieniu z samym Netanjahu, zdecydował się na radykalny środek polegający na pacyfikacji miejsca dla muzułmanów świętego. Czynnikiem, który podsycił niezadowolenie była decyzja Sądu Najwyższego o wysiedleniu kilku rodzin palestyńskich z arabskiej Wschodniej Palestyny. Grunt pod tę z kolei niewątpliwie położyła polityka poprzedniej amerykańskiej administracji, w tym decyzja z grudnia 2017 r. o uznaniu przez USA Jerozolimy za stolicę państwa Izrael oraz przeniesieniu tam amerykańskiej ambasady.</p>
<p lang="pl-PL" align="JUSTIFY"><b>W cieniu kampanii wyborczych</b></p>
<p lang="pl-PL" align="JUSTIFY">Netanjahu boryka się z poważnym problemami politycznymi. Towarzyszą im nierozłącznie problemy natury kryminalnej i to one wzmacniają jego determinację, by utrzymywać fotel szefa rządu, kosztem nawet chronicznego kryzysu politycznego w państwie. Netanjahu jest pierwszym urzędującym premierem postawionym w stan oskarżenia. Zarzuty są poważne i dotyczą korupcji, oszustw i nadużywania władzy. Grozi mu kara więzienia, lecz w razie urzeczywistnia takiej perspektywy, nie zyskał by miana prekursora. W 2014 r. sąd skazał za korupcję na karę sześciu lat pozbawienia wolności Ehuda Olmerta. Na razie Netanjahu przyjął linię obrony poprzez atak i zaprzeczenie, nazywając proces częścią brudnej kampanii politycznej przeciwko silnemu liderowi. Netanjahu kieruje rządem mniejszościowym. Wybory z 23 marca nie wyklarowały dla jego rządu wystarczającego zaplecza.</p>
<p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL">Konflikt z Hamasem wybuchł w wyjątkowo newralgicznym momencie. Misja tworzenia koalicji rządowej – po niepowodzeniu utworzenia takowej przez Netanjahu – od 5 maja znajdowała się w rękach lidera drugiej największej siły w parlamencie Jaira Lapida, reprezentującego liberalną, sekularną partię Jest Przyszłość.</span><span lang="pl-PL"> Lapid zdawał się być o krok od scementowania koalicji „anty-Netanjahu”, lecz w wyniku ostrzału, rozmowy na temat powołania nowego gabinetu zostały </span><span lang="pl-PL"><i>de facto</i></span><span lang="pl-PL"> zawieszone. Politycy arabscy, zainteresowani odsunięciem od władzy prawicowo-nacjonalistycznej koalicji, znaleźli się w niekomfortowej sytuacji: pośrodku konfliktu zbrojnego i radykalizujących się dookoła nastrojów anty-izraelskich i anty-palestyńskich. Koniunktura dla koalicji Lapida, wspartej kilkoma głosami arabskimi, nagle się odwróciła. Czas znowu zaczął grać na korzyść Netanjahu. Co zatem skłoniło premiera do tak nagłego i „</span><span lang="pl-PL">bezwarunkowego” </span><span lang="pl-PL">zawieszenia broni?</span></p>
<p lang="pl-PL" align="JUSTIFY">W roli głównego pośrednika między Izraelem i Hamasem występował zwyczajowo Egipt. Oficjalną presję na władze Izraela, w pewnej mierze również na Hamas, wywierała tzw. „opinia międzynarodowa”, zarówno ta zachodnia, jak i ta turecka oraz arabska, ze wszystkim jej odcieniami i subtelnościami. W rzeczywistości losy konfliktu zależały od strony mającej przygniatającą przewagę – Izraela. Rozejm przyspieszył… brak poparcia, brak „zielonego światła” ze strony administracji USA dla operacji wojskowej Izraela polegającej na zadaniu przeciwnikowi dotkliwych strat i jego sparaliżowaniu. Operacji, która, w warstwie politycznej, pozwoliłaby ogłosić się stronie dominującej niekwestionowanym zwycięzcą. W przypadku braku takowego, polityczne punkty zyskuje strona słabsza…</p>
<p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL">Obserwując dyskusję wokół konfliktu natrafiłem na wypowiedź eksperta z </span><span lang="pl-PL">Centrum Badań nad Terroryzmem, Collegium Civitas. Ekspert zauważył, że Netanjahu stracił niedawno patrona dla swych politycznych zdobyczy. Był nim dlań poprzedni prezydent USA. Stracił wobec tego szczelną osłonę, jaką roztaczała nad nim poprzednia administracja, żyrująca aneksje dokonane przez Izrael w przeszłości oraz m. in. koncept tzw. „umów abrahamowskich”. Umów, które konflikt zapoczątkowany na Wzgórzu Świątynnym Jerozolimy, miejscu dla świata islamskiego szczególnym, mógł poważnie naruszyć. Wszyscy ich sygnatariusze znaleźli się w niekomfortowym położeniu. Ich potencjalne zerwanie byłoby dla Netanjahu wizerunkową katastrofą.</span></p>
<p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL">Wspomniany ekspert Centrum, swobodnie i wprawnie poruszający się w obszarze Lewantu, gdy wszedł na obszar amerykańskiej polityki wewnętrznej i zagranicznej, determinowanej przez prawidła tej wewnętrznej, szczególnie w dobie funkcjonowania poprzedniej administracji, zaczął błądzić. Netanjahu nie darzył sympatią Obamy i </span><span lang="pl-PL"><i>vice versa </i></span><span lang="pl-PL">– fakt, tu poprawnie ocenił. Różnili się panowie osobowościami, dzieliły ich horyzonty oraz świat wartości. Netanjahu nie szczędził Obamie uszczypliwości, zwłaszcza gdy bywał w USA; administracja Obamy hamowała i odpowiednio recenzowała aspiracje oraz działania rządu Izraela. Wtem ekspert nazwał Bidena „prawą ręką” Obamy. Następnie idąc tym tokiem rozumowania, ocenił że Netanjahu podobnież gardzi Bidenem, dokonując klasycznej nadinterpretacji opartej na wadliwym uproszczeniu.</span></p>
<p lang="pl-PL" align="JUSTIFY">W rzeczywistości Biden i Netanjahu mieli od zgoła dwóch dekad bardzo dobre relacje. Biden był tym czynnikiem łagodzącym nabrzmiałe relacje personalne między Obamą i premierem Izraela. W czasie ostatniej kampanii prezydenckiej, Netanjahu subtelnie popierał oponenta Bidena, jednakże nigdy nie posunął się do jego otwartej krytyki, mimo że stawiany był wręcz pod publiczną presją przez gospodarza Białego Domu. Netanjahu mówił o Bidenie ciepło. Jednakże paktowanie z republikańską administracją zinterpretowane i uznane zostało przez nową administrację jako ingerowanie Netanjahu w kampanię wyborczą w USA, w zamian za korzyści polityczne przed marcowymi wyborami w Izraelu. A na ingerencje wyborcze Amerykanie od 2016 r. są szczególnie uwrażliwieni. Dopiero ten aspekt spowodował oziębienie relacji między Bidenem i Netanjahu, wszakże już na poziomie relacji głów państw – instytucji, nie zaś polityków. „Ciche dni” przerwał konflikt Izraela z Hamasem.</p>
<p lang="pl-PL" align="JUSTIFY">We wszystkich czterech ostatnich kampaniach wyborczych w Izraelu, składających się na wielką kampanię ciągnącą się od 2019 r., największym atutem Netanjahu była jego bliskość z poprzednim prezydentem USA i jego rodziną. Tuż po wyborach Netanjahu, nie oglądając się na wychodzące stamtąd teorie o „wielkim fałszerstwie wyborczym”, pospieszył pogratulować prawowitemu zwycięzcy. Sojusz z amerykańskim rządem jest wszakże nie tylko podstawą przetrwania Netanjahu ale przede wszystkim samego Izraela.</p>
<p lang="pl-PL" align="JUSTIFY">W radykalizującej się Partii Demokratycznej grono otwartych „przyjaciół Izraela” kurczy się nieprzerwanie od lat. Jest to swoisty paradoks, bo odsetek Amerykanów żydowskiego pochodzenia na najwyższych stanowiskach, zarówno w kontekście demokratycznego establishmentu politycznego jak i w administracji Bidena, jest wyjątkowo wysoki. Od początku lat 90. poparcie wśród Amerykanów żydowskiego pochodzenia dla demokratycznych kandydatów prezydenckich – z wyjątkiem Obamy – wynosi ponad 70%. W ostatnich wyborach było to aż 76% dla Bidena, zaś jedynie 22% dla jego konkurenta. Znowuż paradoksalnie, partią jednomyślnie pro-izraelską jest Partia Republikańska, bazująca na elektoracie prowincjonalnym i małomiejskim. W każdym razie otwarty konflikt z Waszyngtonem, z perspektywy Netanjahu, wybornie wpisałby się w argumentację części izraelskiej opozycji, iż stanowi on obecnie obciążenie dla polityki zagranicznej państwa, czyniąc spustoszenie w sferze, w której Likud czuł się dotąd najlepiej i gdzie zyskiwał najwięcej punktów sondażowych – bezpieczeństwa narodowego.</p>
<p align="JUSTIFY">„<span lang="pl-PL"><b>Sworzeń” w ruchu powrotnym</b></span></p>
<p lang="pl-PL" align="JUSTIFY">Analizując decyzje amerykańskich władz, od pierwszej kadencji Baracka Obamy począwszy, nie wolno lekceważyć panujących trendów. Wyznacza je ogół wyborców amerykańskich przez co zyskują one wymiar ponadpartyjny. Trend swoistego izolacjonizmu tłumaczy fenomen dwóch poprzedników Joe Bidena, polityka dla odmiany reprezentującego umiarkowane skrzydło własnego obozu politycznego. Jednakże determinują działania tego ostatniego, już jako głównego decydenta. A przypomnijmy, że Biden był jednym z 77 senatorów, którzy w 2002 r. pozwolili Georgowi H. W. Bushowi pójść na wojnę z Irakiem. Trendy te odpowiadają za swoisty polityczny „pivot” – będący pośrednio motorem słynnego „pivot to Asia” Obamy – czyli odwrót od entuzjastycznej, ambitnej polityki zagranicznej i koncentrację na sprawach krajowych.</p>
<p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL">Centralnym elementem amerykańskiej XX-wiecznej „dyplomacji publicznej” był nacisk na uniwersalne wartości oraz budowanie wokół nich sojuszy. W ostatniej dekadzie międzynarodowe, polityczne przedsięwzięcia Ameryki przestają rezonować wśród zagranicznych opinii publicznych, jako wspólne i doniosłe. W przypadku poprzedniej administracji prezydenckiej, polityka zagraniczna była, z czym się wręcz obnoszono, funkcją polityki wewnętrznej, a nawet wewnątrzpartyjnej (konflikt z neoliberałami-reaganitami i neokonserwatystami): polityka ceł, nacisk na korzystne kontrakty gospodarcze, powrót miejsc pracy zza granicy, nowe nabytki terytorialne (mowa o zakupie Grenlandii), mur na południowej granicy, itd. Zresztą samo hasło </span><span lang="pl-PL"><i>America first</i></span><span lang="pl-PL">, nawiązujące do haseł amerykańskich izolacjonistów: w latach 30. pro-niemieckich, później pro-sowieckich i pro-rosyjskich, wyraża właśnie ów kryjący się za nim priorytet polityczny – najpierw sprawy wewnątrzamerykańskie.</span><i> </i></p>
<p lang="pl-PL" align="JUSTIFY">Usilne akcentowanie działań dyplomatycznych przez nową administrację, w tym aktywność sekretarza stanu Anthony&#8217;ego Blinkena, jest tylko potwierdzeniem wyżej opisywanych trendów. Zasadnicze przesunięcia w sferze polityki zagranicznej dokonują się w warstwie światopoglądowej oraz polityczno-ideologicznej, jednakże jako taka zachowuje ona charakter służebny wobec potrzeb krajowych. W polityce zagranicznej deklarowana, jak i obserwowana aktywność administracji amerykańskiej dotyczy dwóch zasadniczych frontów: walki ze zmianami klimatycznymi i walki z pandemią Covid-19. Stanowią one wspólny mianownik dla całej „zagranicy”, w tym dla relacji z reżimami autorytarnymi i totalitarnymi. Obydwa priorytety świadczą o trosce amerykańskiej administracji przede wszystkim o bezpieczeństwo zdrowotne i egzystencjalne społeczeństwa amerykańskiego. By móc skoncentrować się na owych priorytetach, administracja Bidena dąży do deeskalacji napięć w zapalnych rejonach świata.</p>
<p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL">19 maja, w środę, miało miejsce inne ważne wydarzenie. </span><span style="color: #333333;"><span lang="pl-PL">Na marginesie posiedzenia Rady Arktycznej (RA) w Reykjaviku doszło do spotkania Blinkena z Siergiejem Ławrowem, rosyjskim ministrem spraw zagranicznych. Spotkanie jest początkiem dialogu, którego kolejną odsłoną będzie spotkanie doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego Jake’a Sullivana </span></span><span lang="pl-PL">z sekretarzem rosyjskiej Rady Bezpieczeństwa, </span><span style="color: #333333;"><span lang="pl-PL">Nikołajem Patruszewem, zaś finałem będzie prezydencki szczyt Biden-Putin. Spotkanie Blinkena i Ławrowa poprzedziła deeskalacja sytuacji przy granicy z Ukrainą i na Krymie, gdzie Kreml zarządził częściową demobilizację. Z kolei gestem ze strony amerykańskiej, a ściślej Departamentu Stanu, było przekazanie Kongresowi, wymaganego ustawami PEESA/PEESC, odpowiednio zredagowanego raportu na temat celów sankcyjnych w związku z budową gazociągu NS2. Otóż Biden i Blinken postanowili czasowo wyłączyć firmy Nord Stream 2 AG i jej prezesa </span></span><span lang="pl-PL">Matthiasa</span><span style="color: #333333;"><span lang="pl-PL"> Warniga, spod reżimu sankcyjnego.</span></span></p>
<p align="JUSTIFY"><span style="color: #333333;"><span lang="pl-PL">Decyzja ucieszyła Kreml, choć, co należy podkreślić, jest to czasowe ustępstwo, uważnie monitorowane przez ponadpartyjny konsensus w Kongresie, przeciwny projektowi gazowemu, ale również Berlin. Jest elementem procesu deeskalacji napięć na linii Waszyngton-Berlin. Blinken podczas rozmowy z Ławrowem nie zrezygnował z tematów dla Kremla niewygodnych, które Rosjanie określają mianem „mieszania się w sprawy wewnętrzne”. Dyskutowano zatem również o represjach wymierzonych w działaczy opozycji, zwalczaniem </span></span><span style="color: #333333;"><span lang="pl-PL">Głosu Ameryki i Radia Wolna Europa/Radio Swoboda</span></span><span style="color: #333333;"><span lang="pl-PL"> oraz koncentracją rosyjskich wojsk na granicy z Ukrainą. Poprawa relacji z Niemcami jest dla Amerykanów priorytetowa w kontekście strategicznym, o czym kilka słów niżej.</span></span></p>
<p lang="pl-PL" align="JUSTIFY">Zmierzając do konkluzji, należy ocenić, że administracja Bidena będzie właśnie administracją permanentnej deeskalacji; deeskalacji służącej wyciszeniu sytuacji międzynarodowej, tak, by mogła zajmować się neutralizacją napięć wewnętrznych i skutkami pandemii oraz skoncentrować siły własne i sojusznicze na budowie frontu stawiającego czoło zagrożeniu egzystencjalnemu dla supermocarstwa, a więc Chinom. Ta ostatnia kwestia cieszy się ponadpartyjnym poparciem w USA ale nie wynika z prozelitycznych i wielkomocarstwowych nastrojów społecznych, ale ze skutków – upraszczając problem – rosnącego rozwarstwienia materialnego Amerykanów, ubożenia klasy średniej kosztem odsetka najbogatszych, postępującej deindustrializacji, dekarbonizacji, czyli zmianą charakteru gospodarki. Słowem – lęków oraz potrzeby zwizualizowania przyczyny doskwierających problemów. Komunistyczne Chiny, jako miejsce narodzin wirusa SARS-CoV-2, który wywołał kolejną światową recesję, są przeciwnikiem rozpoznawalnym, niepokojącym i agresywnym. Idealnym kandydatem na arcy-wroga. Wejście relacji chińsko-amerykańskich w jeszcze ostrzejszą fazę rywalizacji może w niedalekiej przyszłości przynieść odwrócenie się aktualnych trendów. Nie można tego przy obecnej dynamice wydarzeń wykluczyć. USA nastawiają się przede wszystkim na rywalizację ekonomiczną, ale…</p>
<p lang="pl-PL" align="JUSTIFY">Wspomniana deeskalacja wpisuje się wciąż jeszcze w trendy izolacjonistyczne, których źródło tkwi w konsekwencjach dwóch wojen na Bliskim Wschodzie, ale przede wszystkim w wielkiej recesji z 2008 r. W przypadku reelekcji poprzednika Bidena, trendy te przybrałyby postać „szokową”. Żeby nie pozostać gołosłownym, przed kilkoma dniami amerykański portal informacyjny „Axios” podał informację, która zaszokowała część opinii publicznej, przede wszystkim ekspertów. 9 listopada 2020 r., niespełna tydzień po przegranych wyborach, gospodarz Białego Domu skreślił listę celów, które Pentagon powinien zrealizować przed 20 stycznia 2021 r. John McEntee, zaufany doradca prezydenta wręczył kartkę papieru pułkownikowi Douglasowi Macgregorowi. Macgregor kilka chwil wcześniej został doradcą urzędującego szefa Pentagonu Christopera Millera. „Prezydent chce żebyście zrobili to” – usłyszał pułkownik. List wyglądała następująco:</p>
<p lang="pl-PL" align="JUSTIFY"><i>1. Wyciągnijcie nas z Afganistanu.</i></p>
<p lang="pl-PL" align="JUSTIFY"><i>2. Wyciągnijcie nas z Iraku i Syrii.</i></p>
<p lang="pl-PL" align="JUSTIFY"><i>3. Całkowite wycofanie wojsk z Niemiec.</i></p>
<p lang="pl-PL" align="JUSTIFY"><i>4. Wyciągnijcie nas z Afryki.</i></p>
<p lang="pl-PL" align="JUSTIFY">Wycofanie wojsk z Afganistanu nie zostało przez Bidena wstrzymane. Urealniono jedynie termin, pierwotnie majowy, by operacja przerzutu sprzętu i ludzi nie odbywała się w sposób gwałtowny i nie wyglądała po prostu na ucieczkę przed Talibami. Zresztą nawet późniejszy termin nie gwarantuje, że Afganistan nie podzieli losu Wietnamu Południowego w latach 70. XX w. Odmrożono pertraktacje nuklearne z Iranem, stymulując równocześnie jego dialog z sunnickimi sąsiadami. I rzeczywiście, pomiędzy Arabią Saudyjską a Persami doszło do swoistego rozprężenia. Saudowie znieśli m. in. embargo nałożone na Katar.</p>
<p lang="pl-PL" align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL">Rząd Polski musi być świadom tych trendów, ale i najdrobniejszych niuansów. Wnioski zasadzające się na błędnych faktach i ocenach uniemożliwią skuteczne prowadzenie polityki zagranicznej państwa, na której kształt w zasadniczy sposób wpływają i wpływać będą zmiany zachodzące na amerykańskiej scenie politycznej. Te zaś będą często efektem preferencji, oczekiwań, sympatii, urazów, jednego człowieka, mającego przez cztery lub osiem lat pozycję równą XVIII-wiecznemu europejskiemu monarsze konstytucyjnemu.</span></p>
<p lang="pl-PL" align="JUSTIFY"><em>Artykuł został pierwotnie opublikowany w kwartalniku “Myśl Suwerenna. Przegląd Spraw Publicznych” nr 2(4)/2021.</em></p>
<p><em>[Grafika: Zamieszki w Lod, maj 2021; Autor: policja izraelska, lic. CC]</em></p>
<p><iframe id="fm-fc-f-u0c877fusq" style="min-height: 600px;" src="https://forms.freshmail.io/f/zvsi5q1c2z/u0c877fusq/index.html" width="100%" frameborder="0" marginwidth="0" marginheight="0"></iframe></p>
<p>Artykuł <a href="https://myslsuwerenna.pl/zyzak-doktryna-deeskalacji/">Doktryna deeskalacji</a> pochodzi z serwisu <a href="https://myslsuwerenna.pl">Myśl Suwerenna</a>.</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Co się dzieje w GOP?</title>
		<link>https://myslsuwerenna.pl/zyzak-co-sie-dzieje-w-gop/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[Paweł Zyzak]]></dc:creator>
		<pubDate>Fri, 14 May 2021 14:51:47 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Bez kategorii]]></category>
		<category><![CDATA[Publicystyka]]></category>
		<category><![CDATA[Świat]]></category>
		<category><![CDATA[ameryka]]></category>
		<category><![CDATA[ameryki]]></category>
		<category><![CDATA[donald]]></category>
		<category><![CDATA[partia]]></category>
		<category><![CDATA[republikanie]]></category>
		<category><![CDATA[republikanizm]]></category>
		<category><![CDATA[republikańska]]></category>
		<category><![CDATA[stany]]></category>
		<category><![CDATA[trump]]></category>
		<category><![CDATA[usa]]></category>
		<category><![CDATA[wybory]]></category>
		<category><![CDATA[zjednoczone]]></category>
		<category><![CDATA[zyzak]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://myslsuwerenna.pl/?p=3112</guid>

					<description><![CDATA[<p>„Wolałbym raczej przegrać bez Donalda Trumpa, niż próbować wygrać razem z nim” – mówił senator Lindsey Graham w 2015 roku. Raptem kilka chwil po „ułaskawieniu” byłego prezydenta przez Senat, senator Graham prezentował odmienną interpretację owego „być albo nie być”. Wytykał kierownictwu GOP1 w Izbie Wyższej, iż brak jednomyślności republikańskiej podczas głosowania 13 lutego nad impeachmentem, [&#8230;]</p>
<p>Artykuł <a href="https://myslsuwerenna.pl/zyzak-co-sie-dzieje-w-gop/">Co się dzieje w GOP?</a> pochodzi z serwisu <a href="https://myslsuwerenna.pl">Myśl Suwerenna</a>.</p>
]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[<span class="span-reading-time rt-reading-time" style="display: block;"><span class="rt-label rt-prefix">&#128340; Artykuł przeczytasz w</span> <span class="rt-time"> 8</span> <span class="rt-label rt-postfix">min.</span></span><p align="JUSTIFY">„<span lang="pl-PL">Wolałbym raczej przegrać bez Donalda Trumpa, niż próbować wygrać razem z nim” – mówił senator Lindsey Graham w 2015 roku. Raptem kilka chwil po „ułaskawieniu” byłego prezydenta przez Senat, senator Graham prezentował odmienną interpretację owego „być albo nie być”. Wytykał kierownictwu GOP</span><sup><span lang="pl-PL"><a class="sdfootnoteanc" href="#sdfootnote1sym" name="sdfootnote1anc">1</a></span></sup><span lang="pl-PL"> w Izbie Wyższej, iż brak jednomyślności republikańskiej podczas głosowania 13 lutego nad impeachmentem, a także podnoszenie odpowiedzialności moralnej i prawnej Trumpa, zaważyć może na szansach wyborczych republikanów w 2022 roku. Miażdżący dla Trumpa, wykrwawiający również reputację GOP, „proces” w Senacie zakończyli wszakże walkowerem ich oponenci, demokraci.</span></p>
<p lang="pl-PL" align="JUSTIFY">Obserwatorzy impeachmentu nie dawali większych szans demokratom na to, iż uda im się przekonać dostateczną ilość republikańskich senatorów. Sądzili, że pojawi się co najwyżej 4 czy 5 takich śmiałków. Ostatecznie, jak wiemy, za skazaniem nieurzędującego już prezydenta zagłosowało 7 senatorów prawicy. Dopiero przed samym głosowaniem do mediów przeciekła informacja o tym, jak zagłosuje Mitch McConnell, do niedawna klucznik izby, zasiadający w niej od 1984 roku. W międzyczasie doszło do porozumienia między obiema partiami, odnośnie kolejnego etapu „procesu”. Właśnie przechodził ów z fazy dowodów rzeczowych do fazy świadectw. Politycy ustalili, że tej ostatniej już nie będzie. Wywołało to nieukrywany szok i kłótnie w obozie demokratycznym.</p>
<p lang="pl-PL" align="JUSTIFY">Przecież dopiero wypłynęły rewelacje o rozmowie między Trumpem a Kevinem McCarthym. W jej trakcie lider mniejszości republikańskiej w Izbie Reprezentantów wezwał prezydenta do odwołania swych zwolenników z plądrowanego Kapitolu. Trump odmówił, co więcej zarzucił zdesperowanemu McCarthy&#8217;emu, że zrewoltowany tłum demolujący budynek parlamentu bardziej przejmuje się „fałszerstwem wyborczym”, niż on. „Co ty sobie k***a wyobrażasz, że z kim rozmawiasz?” – wypluł wściekły McCarty.</p>
<p lang="pl-PL" align="JUSTIFY">Wśród „zeznających” przed Senatem mogli się niebawem pojawić naoczni świadkowie zachowania Trumpa w trakcie puczu. Miast szabrować wraz z armią oddanych sobie zwolenników, ten zaszył się w Białym Domu – i wedle anonimowych relacji – rozpromieniony zmieniał kanały telewizji transmitujących zamieszki na żywo. Sytuacja oskarżonego Trumpa, z wizerunkowego punktu widzenia, wydawała się fatalna. Nie wyraził dotąd nawet żadnej skruchy, natomiast wynajęci przezeń w ostatniej chwili prawnicy stali się pośmiewiskiem izby, budząc zażenowanie nawet wśród oddanych byłemu prezydentowi gwiazd Fox News. Na domiar złego w Georgii wszczęto śledztwo w sprawie próby wymuszenia przez Trumpa fałszerstwa wyborczego na kilku urzędnikach stanowych.</p>
<p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL">Konsensus między demokratami i republikanami niewątpliwie pomógł wypracować Biały Dom. Joe Biden, który nawet w kuluarach stara się nie wymieniać nazwiska Trumpa (mówiąc o nim ponoć </span><span lang="pl-PL"><i>per</i></span><span lang="pl-PL"> „former guy”), stara się wciąż domknąć w Senacie konfirmację dla kandydatów na wyższe stanowiska w swym gabinecie. Lecz nie tylko to. Upajanie się torturami, które przechodzi nawet nie sam Trump, ale poszczególni senatorowie GOP, nie gwarantowało żadnych potencjalnych korzyści. Nie zapewniłoby Bidenowi przychylności republikanów w Senacie przy uchwalaniu ustaw czy przy akceptacji umów międzynarodowych. Ostatecznie drogą konsensusu McConnell, pomimo, iż sam głosował za „uniewinnieniem” Trumpa, wskazując na przesłankę konstytucyjną, dokonał brutalnej oceny „oskarżonego”: „Nie ma wątpliwości, żadnej, że prezydent Trump jest praktycznie i moralnie odpowiedzialny za sprowokowanie wydarzeń [6 stycznia – PZ]” i dramatycznym tonem stwierdził, że teraz amerykański system kryminalny powinien się nim zainteresować. Słuchającemu tego przed telewizorem Trumpowi nie zrobiło się najpewniej przyjemnie.</span></p>
<p lang="pl-PL" align="JUSTIFY">McConnell żywił nadzieję, że impeachment ułatwi proces odklejania Trumpa od GOP. On i jego koledzy z izby starli się jednak z oporem partyjnych struktur. Organizm GOP toczy obecnie wspomniana „jednomyślność”, toczy począwszy od struktur lokalnych skończywszy na parlamentarnych posłańcach. Im niżej, tym w stopniu większym. Symptomem zjawiska były „nagany”, jakie otrzymali niektórzy kongresmeni GOP, którzy zagłosowali za impeachmentem Trumpa w Izbie Reprezentantów.</p>
<p lang="pl-PL" align="JUSTIFY">Lojalność wobec Trumpa przypomina kult jednostki. W GOP zapanował reżim, z jakim zresztą obydwie partie systemu amerykańskiego nigdy w przeszłości się nie zetknęły. Przez dekady GOP była organizacją mocno zdywersyfikowaną, posiadającą swe skrzydła, a wewnątrz różne odcienie konserwatyzmu. ”Trumpizm” zlał je na długo w jedną masę, która dzieliła się jedynie w doborze narracji albo teorii spiskowych, wyjaśniających konkretne wydarzenie sprowokowane przez lidera. Partia przestała być dachem dla ludzi, których łączą podobne ideały. Stała się GUŁAG-iem myśli. Konsolidację owego reżimu przyspieszył proces rezygnacji z „członkostwa” w GOP tysięcy zwolenników, zwłaszcza po zamieszkach z 6 stycznia. Wedle sondażu Suffolk University – USA Today, 46% republikanów twierdzi, że porzuciłaby GOP, gdyby Trump założył nową partię. Mitt Romney wygłosił ostatnio opinię, że gdyby Trump wystartował aktualnie w prawyborach, sięgnąłby po nominację. Nie dodał, że na chwilę obecną.</p>
<p lang="pl-PL" align="JUSTIFY">Za „skazaniem” Trumpa zagłosowali głównie senatorowie odchodzący na emeryturę lub potencjalnie starający się o reelekcję później niż za dwa lata. Sam McConnell wygrał niedawno w cuglach kolejną kadencję. Jego stanowisko wszakże musiało odzwierciedlać konsensus w klubie, niekoniecznie dobro całego obozu politycznego. Nie sposób empirycznie potwierdzić, jak i wykluczyć, że „skazanie” i zakazanie Trumpowi kandydowania, przyspieszyłoby detrumpizację. Tym niemniej, po głosowaniu w Senacie, jak powiadają niektórzy – „wojna domowa” w GOP tylko się zaostrza. Aktualnie GOP pęka na dwa obozy. Jeden trumpistowski, drugi tzw. mainstreamowy, którego twarzą staje się Liz Chaney w Izbie Reprezentantów, córka byłego wiceprezydenta i właśnie Romney w Senacie.</p>
<p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL">Trump usatysfakcjonowany głosowaniem, ale nie usatysfakcjonowany zło-wróżebnymi słowami McConnella, zaatakował go – mocno okrojonym przez własny sztab – zbiorem inwektyw. Wezwał wręcz szeregi partii do usunięcia McConnella, bo ten ma być mocnym obciążeniem dla partii i gwarantem przegranych wyborów w 2022 roku. Śmiałe słowa wobec ostatnio oglądanych, empirycznie potwierdzonych, osiągnięć Trumpa. Republikanie po raz pierwszy od czasów Herberta Hoovera, a więc niespełna wieku, w cztery lata stracili Biały Dom, Senat i Izbę Reprezentanów. Stali się partią niewybieralną, która w drugich już z rzędu wyborach prezydenckich przegrała rywalizację o Biały Dom milionami głosów. Nosząca się z zamiarem kandydowania na miejsce Richarda Burra w Senacie, w Północnej Karolinie (Burr głosował za skazaniem Trumpa, za co otrzymał zresztą „naganę”), w tłocznym już teraz wyścigu, Laura Trump, synowa byłego prezydenta, oznajmiła, że jej teść wciąż jest szefem partii i być może wystartuje w wyborach prezydenckich w 2024 roku. W podobnym tonie mówiła na dorocznej konferencji </span><span lang="pl-PL"><i>Conservative Political Action Conference</i></span><span lang="pl-PL"> (</span><em><span lang="pl-PL">CPAC</span></em><span lang="pl-PL">) </span><span lang="pl-PL">dziewczyna Donalda Trumpa Jr., była gwiazda Fox News i również była żona demokratycznego gubernatora Kalifornii, Gavina Newsoma, Kimberly Guilfoyle.</span></p>
<p lang="pl-PL" align="JUSTIFY">Szczelina, która rozrywa partię na dwie części, starej GOP i nowej, trumpistowskiej GOP, dzieli tak samo ruch konserwatywny. Myśliciele konserwatywni już dawno zostali zeń wypchnięci, bądź znajdują się na marginesie. Nie trzęsą nim też nazwiska wielkich senatorów i byłych prezydentów. Dominują w nim charyzmatyczne postaci radia i telewizji, zarówno tego mainstreamowego, jak i czeluści Internetu. Jedną z najbardziej znanych jest Mike Lindel, założyciel przedsiębiorstwa My Pilow, zwolennik tajemniczych uzdrawiających mikstur na Covid-19 i wprowadzenia przez Trumpa „stanu wojennego”, celem utrzymania władzy. Jest dobrym modelem, bo i w jego wypadku trudno orzec czy to silny zwolennik, czy, jak Trump, dobry marketingowiec. W trakcie kampanii podważającej legalność wygranej Bidena, Lindel przeprowadził równoległą kampanię promocyjną dla produktów My Pilow, oferując specjalne kody promocyjne na hasła: „FightforTrump”, „Proof” i „QAnon”. Zwiększył tym sposobem sprzedaż firmy o 30-40%.</p>
<p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL">Obrazu aktualnego ruchu konserwatywnego niech dopełni skład gości tegorocznej </span><em><span lang="pl-PL">CPAC</span></em><span lang="pl-PL">. Wystąpił na niej Trump, jego syn, dziewczyna syna, urodziwa gubernator Południowej Dakoty, która zasłynęła anty-maseczkową polityką, która doprowadziła do gwałtownej fali zachorowań w nie najludniejszym stanie oraz senator Josh Hawley, który tuż przed puczem zagrzewał rozogniony tłum do boju, gestem uniesionej i zaciśniętej w pięść dłoni. Udziału w niej odmówił były wiceprezydent Pence, obawiając się, że potraktowany zostanie tak jak na Kapitolu, w trakcie zamieszek. Zaproszenia odmówiono wszystkim politykom, którzy ośmielili się skrytykować Trumpa. Odmówiono go nawet byłej ambasador przy ONZ, Nikki Haley, broniącej byłego prezydenta w najtrudniejszych dla niego sytuacjach. Niedawno jednak w wywiadzie dla „Politico” Haley powiedziała, że Trump zawiódł „nas”:</span></p>
<p align="JUSTIFY">„<span lang="pl-PL">Poszedł ścieżką, której nie powinien był, a my nie powinniśmy byli za nim podążać i nie powinniśmy go byli słuchać. I nie możemy pozwolić aby to się powtórzyło. […] Nie sądzę też, że Partia Republikańska wróci do tego, co było przed Donaldem Trumpem. Nie sądzę, że powinna. Sądzę, że powinniśmy zachować to, co zrobił dobrego, odrzucić to, co zrobił złego i zmierzać do miejsca, gdzie możemy być wartościową i efektywną partią”.</span></p>
<p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL">Wystąpienie Trumpa na CPAC był mało porywające dla zgromadzonego tam tłumu. Te same slogany o sfałszowanych wyborach, lista proskrypcyjna polityków, którzy go potępili… W zwyczajowym sondażu wieńczącym konferencję Trump uzyskał 55%, mimo, że 95% zebranych na CPAC oczekuje od GOP, że będzie kontynuowała politykę Trumpa, a cała impreza, doborem gości, tematów i haseł, była przygotowana pod byłego prezydenta. To, z czego żartowano na konferencji, głośno wypowiedział z podestu Donald Trump Jr. – to nie jest CPAC, ale TPAC, </span><span lang="pl-PL"><i>Trump </i></span><span lang="pl-PL"><i>Political Action Conference</i></span><span lang="pl-PL">. Furorę na korytarzach Hotelu Hyatt w Orlando, gdzie odbywała się impreza, robił złoty posąg Trumpa, wywołujący niefortunne skojarzenia do złotego cielca. Syn byłego prezydenta dowiódł, że w „trumpizmie” chodzi o konkretną jednostkę, Donalda J. Trumpa, nie zaś o politykę. Jego następca, nawet jeśli nosi nazwisko Trump, nie jest automatycznym spadkobiercą popularności. Donald Trump Jr. zajął w rzeczonym sondażu czwarte miejsce z 8%.</span></p>
<p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL">68% uczestników CPAC opowiedziało się za ponownym startem Trumpa w wyborach. Jest to liczba rozczarowująca dla Trumpa. Jak było powiedziane, tegoroczny CPAC był imprezą „trumpistow”, celebrujących z mównicy głównego gościa. Konferencja w niczym nie przypominała dawnych edycji, gdy bez obaw o swoje zdrowie fizyczne spotykał się szeroki wachlarz republikanów: fiskalnych konserwatystów, społecznych konserwatystów, paleokonserwatystów, libertarian…, którzy spierali się odnośnie podatków, inwestycji federalnych, zagrożeń zewnętrznych, itd.</span></p>
<p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL">Mimo tej </span><span lang="pl-PL"><i>de facto </i></span><span lang="pl-PL">pozornej ofensywy Trumpa w ruchu GOP, głośna decyzja Sądu Najwyższego przypomniała wszystkim, że Trump to słabe spoiwo prawej strony i raczej marny gwarant marszu po władzę w Kongresie. Wstrzymywana od lipca zeszłego roku, przez toczącą się kampanię wyborczą, ostateczna decyzja najwyższego organu sądowego, nakazująca firmie podatkowej Trumpa przekazanie jego dokumentacji podatkowej nowojorskim prokuratorom, stała się faktem i początkiem poważnych tarapatów byłego prezydenta. Ten zresztą zareagował na owe wieści panicznym oświadczeniem o rewanżyzmie demokratów, choć decyzję podjął sąd, do którego wprowadził aż trzech pro-republikańskich sędziów.</span></p>
<p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL">McConnell, pragmatyk do bólu zdaje sobie sprawę, że lista kłopotów Trumpa jest porażająco długa, a jego gwiazda w GOP musi się wypalić, paląc przy okazji wszystko w pobliżu. Stąd jego wysiłki, by się odeń odciąć. Trump popierając swoich kandydatów w 2022 roku, co zapowiedział, osłabiając szanse innych, zagwarantuje kolejne, ale zwycięstwo demokratów. W swym wystąpieniu na CPAC zapowiedział, że nie założy nowej partii. Dziewczyna jego syna rzuciła buńczucznie, że ma już partię – GOP. Jak na razie udowodnił, że potrafił ustalić listę gości na radykalizującym się od kilku lat CPAC, jeśli ten odbywa się na Florydzie, gdzie wznosi się posiadłość Trumpów i gdzie ma sprzyjającego gubernatora. Dodajmy – kalkulującego gubernatora.</span><span style="color: #000000;"><span lang="pl-PL"> Ron DeSantis zdobyłby 43% w sondażu CPAC, gdyby Trump ostatecznie nie wystartował.</span></span></p>
<p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL">Trump, znajdując się w trudnej sytuacji prawnej, nie ulży sobie kandydując na urząd prezydencki. Nie wygra. Nie sięgnie więc po owoc z drzewa immunitetu. Jego obecne zaufanie społeczne wynosi 38%, a brakiem tegoż obdarza go ok. 58% Amerykanów. W tej konkurencji pokonuje nawet tradycyjnie niepopularną Nancy Pelosi, demokratyczną </span><span lang="pl-PL"><i>Speaker </i></span><span lang="pl-PL">Izby Reprezentantów. Ponad połowa Amerykanów opowiadała się niedawno w sondażach za „skazaniem” Trumpa i zabraniem mu biernego prawa wyborczego. Były deweloper i showman potrzebuje prezydenta z GOP, który mu potencjalnie ulży. Ale za trzy lata, gdy ogólna kampania wejdzie w zasadniczą fazę, złota litera „T” na fasadzie sztabu wyborczego może prędzej odstraszać, aniżeli przyciągać inwestorów i klientów (donatorów i wyborców).</span></p>
<p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL">GOP czeka długi okres odwyku po czterech latach „trumpizmu”, zabliźniania ran po „wojnie domowej” i finalnie faza odświeżania własnej marki. Zresztą świadomość, że nie da się wygrywać wyborów oraz rządzić współczesną Ameryką, wyłącznie stymulując pierwotne instynkty, jest tam od wielu lat. Równie też prędko zdiagnozowano, czym był „trumpizm”. Dowodzą tego słowa Grahama, zacytowane na początku. „Trumpizm” jednak zmienił partię albo będąc bardziej precyzyjnym: przyspieszył zmiany zachodzące w wyniku zmian kulturowych i demograficznych. Chyba należy zgodzić się ze słowami Ricka Santorum, byłego kandydata GOP na prezydenta, który zawyrokował, że GOP nie je</span><span lang="pl-PL">st już partią elit. Była nią ale już nie jest.</span></p>
<p align="JUSTIFY">„<span lang="pl-PL">Nie jesteśmy partią przedmieść, nie jest</span><span lang="pl-PL">eśmy partią elit, nie jesteśmy partią wielkiego biznesu.</span> <span lang="pl-PL">Jesteśmy partią pracujących mężczyzn i kobiet.</span> <span lang="pl-PL">A to duża zmiana w ciągu ostatnich 30 lat”.</span></p>
<p lang="pl-PL" align="JUSTIFY"><em>Artykuł został pierwotnie opublikowany w kwartalniku “Myśl Suwerenna. Przegląd Spraw Publicznych” nr 1(3)/2021.</em></p>
<p><em>[Grafika: President of the United States Donald Trump speaking with supporters at a &#8222;Make America Great Again&#8221; campaign rally at Phoenix Goodyear Airport in Goodyear, Arizona; Autor: Gage Skidmore]</em></p>
<p>_______________________________</p>
<p align="JUSTIFY"><a class="sdfootnotesym" style="font-size: 16px; background-color: #ffffff;" href="#sdfootnote1anc" name="sdfootnote1sym">1 </a><span style="font-size: 16px;">GOP – </span><i style="font-weight: inherit;">Grand Old Party </i><span style="font-size: 16px;">(pol. Wielka Stara Partia) – potoczne określenie Partii Republikańskiej w USA (przyp. red.)</span></p>
<p><iframe id="fm-fc-f-u0c877fusq" style="min-height: 586px;" src="https://forms.freshmail.io/f/zvsi5q1c2z/u0c877fusq/index.html" width="100%" frameborder="0" marginwidth="0" marginheight="0"></iframe></p>
<p>Artykuł <a href="https://myslsuwerenna.pl/zyzak-co-sie-dzieje-w-gop/">Co się dzieje w GOP?</a> pochodzi z serwisu <a href="https://myslsuwerenna.pl">Myśl Suwerenna</a>.</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Kontrowersje wokół wyborów prezydenckich w USA</title>
		<link>https://myslsuwerenna.pl/kontrowersje-wokol-wyborow-prezydenckich-w-usa/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[Paweł Zyzak]]></dc:creator>
		<pubDate>Fri, 08 Jan 2021 12:04:09 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Bez kategorii]]></category>
		<category><![CDATA[Publicystyka]]></category>
		<category><![CDATA[Świat]]></category>
		<category><![CDATA[biden]]></category>
		<category><![CDATA[demokracja]]></category>
		<category><![CDATA[fałszerstwo]]></category>
		<category><![CDATA[kontrowersje]]></category>
		<category><![CDATA[trump]]></category>
		<category><![CDATA[usa]]></category>
		<category><![CDATA[wybory]]></category>
		<category><![CDATA[zyzak]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://myslsuwerenna.pl/?p=2806</guid>

					<description><![CDATA[<p>W poniedziałek, 30 listopada, legły w gruzach śmiałe plany urzędującego prezydenta USA zablokowania certyfikacji wyborów, które zakończyły się 3 listopada. Zakończyły, ponieważ proces wyborczy trwał w większości stanów przez kilka tygodni pod postacią tzw. „wczesnego głosowania” (early voting). Owo „wczesne głosowanie” nie jest tożsame z głosowaniem korespondencyjnym. Odbywa się bowiem zarówno za pośrednictwem poczty, jak [&#8230;]</p>
<p>Artykuł <a href="https://myslsuwerenna.pl/kontrowersje-wokol-wyborow-prezydenckich-w-usa/">Kontrowersje wokół wyborów prezydenckich w USA</a> pochodzi z serwisu <a href="https://myslsuwerenna.pl">Myśl Suwerenna</a>.</p>
]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[<span class="span-reading-time rt-reading-time" style="display: block;"><span class="rt-label rt-prefix">&#128340; Artykuł przeczytasz w</span> <span class="rt-time"> 8</span> <span class="rt-label rt-postfix">min.</span></span><p align="JUSTIFY"><b> </b><span lang="pl-PL">W poniedziałek, 30 listopada, legły w gruzach śmiałe plany urzędującego prezydenta USA zablokowania certyfikacji wyborów, które zakończyły się 3 listopada. Zakończyły, ponieważ proces wyborczy trwał w większości stanów przez kilka tygodni pod postacią tzw. „wczesnego głosowania” (</span><span lang="pl-PL"><i>early voting</i></span><span lang="pl-PL">). Owo „wczesne głosowanie” nie jest tożsame z głosowaniem korespondencyjnym. Odbywa się bowiem zarówno za pośrednictwem poczty, jak i poprzez osobiste stawienie się w wyznaczonych punktach do głosowania. Te i inne szczegóły jakie będziemy niżej przetaczać będą dla nas istotne ze względu na potężną falę dezinformacji, jaka przetoczyła się także przez Polskę. Dezinformacji opowiadającej historię „masowego fałszerstwa wyborczego” w USA.</span></p>
<p align="JUSTIFY"><b> </b><span lang="pl-PL">Katalizatorem owej historii jest sam prezydent Donald Trump. Od wiosny bieżącego roku żmudnie budował fundament narracyjny osadzony na twierdzeniu, że jesienią może dojść do „masowego fałszerstwa” wyborów. Trump mocno krytykował wybory korespondencyjne i namawiał swych wyborców, by głosowali w dniu wyborów osobiście. Bynajmniej, wybory korespondencyjne w USA, mające silną tradycję sięgającą Ojców Założycieli, nie odznaczają się skazą wysokiego odsetka różnorakich nieprawidłowości, co zarzucał Trump. Przypadki błędów, lecz nie fałszerstw, zdarzają się ale stanowią margines. Owa krytyka głosowania korespondencyjnego była również swoistym zerwaniem z ortodoksją republikańską. Owszem, cieszy się ono większą popularnością w stanach „demokratycznych” (głosowanie wyłącznie drogą korespondencyjną obowiązywało dotąd tylko w Colorado, Oregonie, Waszyngtonie, na Hawajach i w republikańskim Utah), prezydenccy kandydaci demokratyczni zwykle uzyskiwali w nich kilkuprocentową przewagę, stanowi wszakże udogodnienie przede wszystkim dla tradycyjnego republikańskiego elektoratu, czyli osób starszych oraz np. mieszkańców środkowych stanów i prerii, gdzie odległości między domostwami a ośrodkami miejskimi są często olbrzymie.</span></p>
<p lang="pl-PL" align="JUSTIFY">W poniedziałek władze stanowe Wisconsin i Arizony dokonały certyfikacji wyniku wyborczego. Były to ostatnie dwa z sześciu stanów, gdzie Donald Trump, za pośrednictwem grupy prawników pod wodzą Rudolpha Giulianiego, było burmistrza Nowego Jorku, zasypał lokalny system sądowniczy stosem spraw, mających unieważniać głosy, względnie opóźnić certyfikację. W Arizonie i w Georgii Trump wywierał naciski na lojalnych wobec siebie republikańskich gubernatorów, by stanowi sekretarze stanu nie certyfikowali rezultatów, oni zaś nie podpisywali certyfikacji. W Wisconsin, Pensylwanii i Michigan wywierał naciski na lokalnych reprezentantów, senatorów oraz liderów partyjnych, by ją sabotowali. W Georgii, gdzie doszło, ze względu na niewielką przewagę Bidena (wygrał tam, jako pierwszy od prawie trzech dekad demokrata), doszło do automatycznego, ponownego i ręcznego liczenia głosów. W Wisconsin, gdzie Biden wygrał ponad 20-tysiącami głosów, Trump zapłacił ze specjalnego funduszu za ponowne przeliczanie $3 mln. Po próżnicy, bo dzięki ręcznemu liczeniu przybyło Bidenowi 87 głosów. Ale wydawał nie swoje pieniądze ale wyborców, donorów i sympatyków.</p>
<p lang="pl-PL" align="JUSTIFY">Mimo rzekomej „masowości” zjawiska, prezydent skoncentrował się na domniemanym fałszerstwie w stanach „wahających się” oraz tych „odwróconych” przez Bidena na kolor niebieski, czyli Georgii i Arizonie. W tej drugiej, podobnież od prawie trzech dekad, nie zwyciężył demokrata. Rezultat „midterm elections” z 2018 r. i ten tegoroczny można przypisać zarówno zmieniającej się demografii stanu, następnie struktury przedmieść, gdzie dotąd solidnie zwyciężali republikanie, ale i osobistej wojnie, jaką Trump prowadził z popularnym w Arizonie, nieżyjącym już senatorem McCainem. Główna batalia zatem toczyła się w tych stanach, które zadecydowały o zwycięstwie, o wygranej Trumpa i przegranej Hillary Clinton w 2016 r.: Wisconsin, Pensylwanii i Michigan, dających łącznie 36 głosów elektorskich. Finalnie Biden i bez nich zostałby zwycięzcą głosowania Kolegium Elektorskiego.</p>
<p lang="pl-PL" align="JUSTIFY">Walka z „fałszerstwem” i niedookreślonymi fałszerzami nie polegała, jak mogłoby się polskiemu odbiorcy wydawać, na udowadnianiu, że gdzieś masowo głosowały osoby zmarłe, czyli osoby podszywające się pod nie lub cmentarne spisy nagrobne oraz że gdzieś dosypano setki głosów Bidenowi, względnie ukradziono tyleż samo, albo i więcej Trumpowi. Nie polegała na dowiedzeniu, że Trump w problematycznych stanach wygrywał. Otóż polegała na obstrukcji, czyli na zablokowaniu certyfikacji. Na uniemożliwieniu przyznania Bidenowi głosów elektorskich i przekroczenia przezeń granicy wymaganej liczby 270 głosów. W takiej sytuacji proces głosowania elektorskiego zostałby pominięty, a wybór prezydenta przeszedłby w ręce Kongresu. Ale to wszystko.</p>
<p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL">Sprawy zaczynają się teraz komplikować, ale zarazem zaczyna się wyłaniać ścieżka, która mogłaby zaprowadzić przegranego w istocie kandydata do reelekcji. To Izba Reprezentantów, obecnie demokratyczna, wybierałaby prezydenta, lecz spośród 3 kandydatów, którzy otrzymali najwięcej głosów elektorskich. Ale co to za głosy elektorskie skoro </span><span lang="pl-PL"><i>Electoral College </i></span><span lang="pl-PL">został pominięty? W nowym głosowaniu delegacja każdego stanu posiadałaby jeden głos i to władze stanowe decydowałyby jak, czyli na kogo zagłosować. Zwycięski kandydat musiałby uzyskać co najmniej 26 głosów, czyli uzyskać poparcie większości stanów. Po wyborach w 2020 r. republikanie posiadają 27 gubernatorów, większość w 29 stanowych legislaturach i rządzą niepodzielnie w 21 stanach.</span></p>
<p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL"> Równolegle Trump testował drugi wariant. W sytuacji, gdyby prawnikom Trumpa udałoby się opóźnić certyfikację poza termin konstytucyjny, o wyborze elektorów do Kolegium Elektorskiego zadecydowałyby właśnie owe legislatury. Wówczas mogłoby dojść nie tyle do zlekceważenia głosowania elektorskiego, co </span><span lang="pl-PL"><i>de facto</i></span><span lang="pl-PL"> pominięcia wyników wyborów społecznych (</span><span lang="pl-PL"><i>popular vote) </i></span><span lang="pl-PL">w poszczególnych stanach, a więc esencji każdej demokracji. Kiedy Trump dostrzegł, że batalie sądowe oraz presja polityczna i psychologiczna, poprzez swoiste zastraszanie bezpodstawnymi oskarżeniami publikowanymi na koncie tweeterowym, wywierane na stanowych reprezentantach, senatorach i sekretarzach stanów, spełzną na niczym, począł wywierać presję na samych gubernatorów. Epicki obraz takiej sytuacji uchwyciły kamery w Arizonie, gdzie w trakcie uroczystości podpisywania dokumentów certyfikujących wynik wyborczy, zadzwonił telefon gubernatora Douga Ducey’a, trzymającego w ręku pióro. W stronę Ducey’a zwrócone były akurat wszystkie kamery. Poddenerwowany wyraźnie gubernator wyjął z kieszeni telefon, ostentacyjnie wyciszył dzwonek – muzykę z </span><span lang="pl-PL"><i>Hail to the Chief</i></span><span lang="pl-PL">, odłożył go i wrócił do podpisywania, kręcąc, poirytowany, na boki głową. W lipcu pochwalił się, że ten dzwonek zarezerwowany jest dla gospodarza Białego Domu. A wspomniana muzyka? Pochodzi z osobistego hymnu prezydenta USA. </span></p>
<p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL"> Donald Trump wytoczył ponad 40 odrębnych procesów sądowych w pięciu wymienianych wyżej stanach oraz w Newadzie. Wszystkie sprawy przegrał z kretesem. Większość została zakończona na wczesnym ich etapie lub wycofana przez sztabowych prawników. Sądy nie stwierdziły ani jednego przypadku fałszerstwa. Sędziowie federalni orzekający w tych sprawach często pochodzili z nominacji tegoż Donalda Trumpa, a więc republikanów. Z pozostałych 41 spraw, niektórych tylko pośrednio dotykających sytuacji Trumpa, 26 zostało odrzuconych, oddalonych, wycofanych lub doszło do ugody. Pozostałe toczą się dalej. Sędziowie, nawet republikańscy, byli w czasie rozpraw wyraźnie poirytowani poziomem prezentowanych przez </span><span lang="pl-PL"><i>team </i></span><span lang="pl-PL">prawniczy Giulianiego dowodów, a jeszcze mocniej artykułowanymi roszczeniami, np. anulowania setek tysięcy głosów oddanych przez żywych jak najbardziej obywateli. W Pensylwanii Giuliani domagał się anulowania 680 tys. głosów oddanych w Filadelfii i Pittsburghu, ponieważ republikańscy obserwatorzy nie zostali rzekomo dopuszczeni do obserwowania etapu liczenia głosów. </span></p>
<p align="JUSTIFY"><span lang="pl-PL"> Naturalnie w wyborach roku 2020 w USA nie zagłosował żaden duch, ani żadne </span><span lang="pl-PL"><i>zombi</i></span><span lang="pl-PL">. Nie potwierdzono sądownie żadnego takiego przypadku. Nie miało też miejsca żadne „dosypywanie” głosów. Wystarczy przypomnieć, że głosowano nie tylko na prezydenta USA. Były to równocześnie wybory do jednej trzeciej Senatu, do całej Izby Reprezentantów, na gubernatorów oraz do legislatur stanowych. Czyli karty wyborcze zawierały nie tylko nazwiska kandydatów prezydenckich. Gdyby jednemu lub drugiemu dosypano nawet tysiące, powstałaby iście zastanawiająca dysproporcja. Jedna z teorii, powtarzana przez Sidney Powell, prawnik Trumpa, a wcześniej adwokat generała Michaela Flynna, oskarżonego przez prokuratorów federalnych o związki agenturalne z reżimami w Rosji i Turcji (Flynn dwukrotnie przyznał się do kłamstw w zeznaniach składanych FBI), ułaskawionego ostatnio przez prezydenta, mówiła o liczeniu głosów poza granicami USA, na co również nie przedstawiono dowodów i co po prostu w amerykańskim systemie wyborczym nie ma miejsca. Głosy Amerykanów liczone są w USA.</span></p>
<p lang="pl-PL" align="JUSTIFY">Powell podważała również sprawność maszyn i software’u służących do liczenia głosów. Miały te monstra przyznawać Bidenowi horrendalne ilości głosów przynależnych Trumpowi. Jednakże ręczne przeliczanie kart wyborczych w Wisconsin i Georgii, pokazało, po pierwsze, że maszyny nie są ostateczną instancją, są nią fizyczne głosy, oraz, po drugie, że wyniki zliczania manualnego pokrywają się z tymi mechanicznymi. Niemalże, bo margines błędu obowiązywał, tak jak obowiązuje w każdym demokratycznym systemie wyborczym. Kto pracował w komisji wyborczej w Polsce i sporządzał protokoły, ten zrozumie. Najczęstsze błędy objawiają się w rozbieżnościach między liczbą osób zarejestrowanych oraz głosów oddanych. Przyczyna jest prozaiczna. Wynikają przykładowo z „błędu” maszyny zliczającej, która nie odczytała adresu z nadesłanej koperty ale odczytała oddane głosy lub też, w innym wariancie, z pobrania karty do głosowania przez osobę zarejestrowaną ale niewrzucenia jej do urny.</p>
<p lang="pl-PL" align="JUSTIFY">Zresztą o jakości tegorocznych wyborów wypowiedzieli się urzędnicy administracji obecnego prezydenta. Departament Spraw Wewnętrznych, zarządzający i koordynujący ochronę wyborów przed działaniami aktorów zewnętrznych, orzekł, że były, jak nigdy w dziejach, bezpieczne i wolne od fałszerstw. Potwierdzili te słowa na swój sposób politycy kremlowscy, ubolewający, że rząd rosyjski nie pomógł Trumpowi, jak to uczynił w 2016 r. Nie pomógł, bo nie umiał, co nie oznacza, że nie próbował. Przez ostatnie dwa lata szefowie amerykańskich służ informowali o nieustających próbach, przede wszystkim Rosji, ingerowania w infrastrukturę wyborczą, czy szerzej, proces wyborczy w USA. Początkiem grudnia William Barr, sekretarz sprawiedliwości i lojalista Trumpa, który uchronił go przed konsekwencjami tzw. „raportu Muellera”, bardzo skrupulatnie ukazującego powiązania sztabu wyborczego Trumpa z Kremlem oraz obstrukcji przez Trumpa śledztw prowadzonych w tej sprawie, potwierdził brak oznak fałszerstwa. Po wnikliwej analizie problemu, rzecz jasna.</p>
<p lang="pl-PL" align="JUSTIFY">Zatem procesy sądowe sztabu Trumpa sprowadzały się nie do udowadniania „masowego fałszerstwa” wyborczego, lecz do prób masowego unieważniania głosów kontrkandydata Trumpa lub głosów korespondencyjnych, w których kontrkandydat ten miał sporą przewagę. W Pensylwanii Giuliani przekonywał sędziów federalnych do unieważnienia jakichś 1,5 mln. korespondencyjnych głosów z pro-demokratycznych hrabstw. W Pensylwanii Biden wygrał z Trumpem różnicą ponad 80 tysięcy głosów. W Michigan wspomniana Powell domagała się tego samego, powołując się zwyczajowo na wadliwe maszyny, produkowane przez firmę rzekomo powiązaną ze zmarłym dyktatorem Wenezueli, Hugo Chavezem. W Michigan Biden wygrał 155 tysiącami głosów. W wybranych hrabstwach sztab Trumpa próbował unieważniać, na sali sądowej, setki głosów korespondencyjnych, którym brakowało pełnego adresu zamieszkania, np. numeru domu, daty obok podpisu albo głosy w kopertach niedokładnie zalepionych. Tysiące miały odpaść, bo przyszły po zamknięciu punktów wyborczych, mimo prawidłowej daty stempla. Prawnicy Trumpa kwestionowali niedokładne podpisy lub nie w pełni tożsame z pobranymi wzorami, mimo, iż wiadomym jest, że każdy podpis przechodzi w ciągu lat ewolucję.</p>
<p lang="pl-PL" align="JUSTIFY">Konkludując, Biden powtórzył wynik elektorski Trumpa z 2016 r. zdobywając 306 głosów. Trump zdobył tyle ile zdobyła jego rywalka Hilary Clinton – 232. Frekwencja wyborcza była największą od ponad 100 lat, co, wraz z utrudnieniami powodowanymi przez pandemię, wydłużyło okres zliczania głosów, ale nie przyczyniło się do poważnych uchybień. „Masowe fałszerstwa” okazały się fikcją, co potwierdzili sędziowie. Wybory przebiegły spokojnie, a jedyne niepokoje wywoływał sam Donald Trump, oskarżając polityków, urzędników, a nawet członków punktów wyborczych, złożonych z demokratów, republikanów i niezależnych, o dokonywanie fałszerstw w czasie rzeczywistym. Skutkowało to obrazami przedstawiającymi zwolenników prezydenta USA dosłownie oblegających „komisje wyborcze” i wznoszącymi hasła, w zależności od stanu, dnia zliczania głosów i podawanych wyników: „Przestańcie liczyć głosy!” lub zachęty: „Liczcie dalej!”.</p>
<p lang="pl-PL" align="JUSTIFY"><a name="Bookmark"></a><span lang="pl-PL">Biden pobił rekord jeżeli idzie o sumę uzyskanych głosów – ponad 81 mln. Pobił wynik Obamy, a swojego rywala pokonał różnicą prawie 7 mln. głosów. Wygrał w kluczowych stanach „wahających się”, jak i w elektoracie „wahającym się”, czyli wśród katolików. Sam zresztą będzie w styczniu zaprzysiężony, jako drugi po Johnie F. Kennedym katolicki prezydent w dziejach USA.</span></p>
<p><em>Artykuł został pierwotnie opublikowany w kwartalniku &#8222;Myśl Suwerenna. Przegląd Spraw Publicznych&#8221; nr 2(2)/2020.</em></p>
<p><em>[Grafika: 2021 storming of the United States Capitol, autor: Tyler Merbler (Creative Commons)]</em></p>
<p><iframe id="fm-fc-f-u0c877fusq" style="min-height: 586px;" src="https://forms.freshmail.io/f/zvsi5q1c2z/u0c877fusq/index.html" width="100%" frameborder="0" marginwidth="0" marginheight="0"></iframe></p>
<p>Artykuł <a href="https://myslsuwerenna.pl/kontrowersje-wokol-wyborow-prezydenckich-w-usa/">Kontrowersje wokół wyborów prezydenckich w USA</a> pochodzi z serwisu <a href="https://myslsuwerenna.pl">Myśl Suwerenna</a>.</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
	</channel>
</rss>
